Idziemy w Tatry
Po wielu miesiącach pragnień i westchnień, aby pójść w Tatry, nareszcie udało mi się to osiągnąć. Nie było innej możliwości
zresztą. Wiadomo. Jak ma się coś wydarzyć, to się wydarzy. Nie inaczej stało się dzisiaj, czyli
13.07.2010 r. Bo od kilku
dni nosiło mnie, że szkoda gadać. Pogoda od dawna jest, że tak powiem, idealna. Dlatego też postanowiłem wziąć urlop i wyruszyć na górskie szlaki.
Przyznam się tu bez bicia. Ostatni raz w tym rejonie, byłem jakieś... Ho, ho... Na pewno więcej, niż 20 lat temu. Tak wiem. Stary jestem i absolutnie
tego nie ukrywam. A to że zatęskniłem za czasami, kiedy byłem piękny i młody, no cóż... Piękny i młody!

... Pewnie słoneczko za bardzo przypaliło mi łebek. Dobra. Koniec z tymi kropkami. Zaczynamy.
Wstałem bardzo wcześnie rano. Tak około 4:15. Sprawdziłem, czy wszystkie niezbędne sprzęty spakowałem do plecaka. Po czym udałem się
do mej szalonej maszyny jezdnej, zwanej auto, marki coś tam. Na samą podróż trzeba liczyć 3 godziny jazdy, chociaż to tylko 160 kilometrów. Ale każdy
wie, jakie są nasze drogi. Zresztą. Komputerowe mapy, znalazły mi trasę ponoć optymalną. Tylko nie dość że dłuższą, to pomimo zaznaczenia "wybierz
trasę szybką", wytyczyły mi szlak przez osławioną "zakopiankę". Że nie wspomnę o fakcie, iż jest zdecydowanie dłuższa. Ci, co tworzyli te mapy,
to chyba jacyś niedzisiejsi. Ale nie ważne. I tak zamiast mniej niż 3 godziny, jechałem ponad 3,5 godziny. Wszystko to za sprawą kilku napotkanych
ciężarówek w okolicy Krościenka, których nie szło w żaden sposób wyprzedzić. Tak więc pomimo wczesnego wyruszenia w drogę, na parking w Palenicy
Białczańskiej, dotarłem przed godziną 8. Po drodze, w Bukowinie Tatrzańskiej zobaczyłem na dzień dobry, taki oto widoczek. Wysiadłem więc z mej
szalonej maszyny i zrobiłem pierwsze zdjęcia tego dnia.
 |
 |
Napatrzywszy się na te obrazy, doznałem mieszanych uczuć związanych z pogodą. Jak widać na ten czas, wygląda na mało atrakcyjnie.
Pomyślałem sobie: co tam. Do odważnych świat należy. I już po chwili w głowie krążyły mi myśli, czego to nie zrobię, czego nie dokonam, czegoż to
nie zobaczę. I tak medytując... Ha! Medytując, powiadasz. Widać wyraźnie, jaki ma wpływ upałów, na zachowanie piszacego to "osobnika". No nic to.
Dojechałem na parking. Dalej jechać nie można, bo zaczyna się już Park Narodowy. Czyli szlabany, zasieki, bunkry i inne zakazy, nakazy, obostrzenia.
No dobra. Przesadzam. Na parkingu kupiłem bardzo tanio, co jest dziwne, kapitalną mapę Tatr. Tego mi zabrakło w moim ekwipunku. O innych brakach
nawet nie wspomnę. Wyjdzie w trakcie. Kupiłem też bilecik, bo teraz jest tak, że nigdzie bez biletu nie da się niczego zrobić, zobaczyć, kupić.
No tym razem, nie przesadzam. Popatrzcie na dowolny banknot. Nie wygląda jak bilet? Teraz nawet już piszą na banknotach, że to banknot. A jeszcze
nie tak dawno temu pisało, że są to "Bilety Narodowego Banku Polskiego". W każdym bądź razie. Tuż za bramą parku, odwróciłem się i zrobiłem tę oto fotkę.

Tak. Niezmiernie ciekawe to zdjęcie było. Czy wszystkie takie będą? Niestety nie. Odpowiadam sam, sobie. Dziwne teksty produkuję. Lecz
nie zrażajmy się zbytnio takimi drobnostkami, gdyż czytając, czy też tylko oglądając dalszą część moich wypocin, spotkacie się jedynie z bardzo
podobnymi obrazami, jak i tekstami. No co? Niemoc twórcza każdego może dopaść! Idziemy więc sobie w kierunku Morskiego Oka. Tak zakładał plan.
Ma to być test na kondycję i oczywiście zobaczenie z bliska tego, co było tematem westchnień w dotychczasowym moich podróżach. Idziemy więc sobie,
rozglądając się dookoła. A droga po której idziemy jest ładna, równa, asfaltowa. Chociaż jak się tak zastanowić, to mogliby wypożyczać na ten przykład
rowery z jednej i z drugiej strony. Po jakiego licha iść taki kawał drogi i to asfaltem. Paranoja jakaś. Zresztą jak pamiętam, to dawniej można było
dojechać autokarem zdecydowanie dalej. Teraz trzeba dymać ponad półtorej godziny żeby dojść do stawu. Ech. Nie mają pomysłu na biznes. I nie dbają o
naszą mizerną kondycję. A tak! Wiem, wiem. Mało zdjęć. Tylko nie mam zamiaru pokazywać asfaltowej drogi. Pokażę tylko to, co wydaje się wystarczająco
ciekawe. Tak to wyglądało, jak sobie dreptałem.
Po około godzinie marszu, docieramy do Włosienicy, czyli miejsca gdzie kiedyś był parking. I to właśnie tu kiedyś można było dojechać.
Tylko ktoś wpadł na wspaniały sposób, żeby to zmienić całkowicie. Jedynymi pojazdami, które aż do tego miejsca mają prawo wjazdu, są zaprzęgi konne,
że o ciągle pędzących samochodach TOPR-u nie wspomnę. A ci to nawet pod samo schronisko jechali. Ja się nie dziwię tym odpowiednio oznakowanym
i na służbie, ale cywilne auta? Czyżby na zasadzie: równi i równiejsi? No to popsioczyłem sobie, a teraz może coś pokarzę.
Od tego miejsca, już tylko około pół godziny praktycznie płaskim podejściem, (asfaltem), do pierwszego etapu wyprawy. Ponieważ
widoki praktycznie te same, zamieszczam tylko te cztery zdjęcia. Jedynym efektem dalszej wędrówki, są ściany gór jakby coraz większe, albo jak kto woli
bliższe nam samym. Taaa... Się naprodukowałem pisaniną! A jakie to naukowe definicje zastosowałem! Lepiej przejść do oglądania.
I takim oto sposobem ja, po pokonaniu około 7 kilometrów w około 1,5 godziny, a Wy drodzy czytający, po przeczytaniu kilkudziesięciu
linijek tekstu i obejrzeniu 15 obrazków, w max 5 minut, wspólnnymi siłami dotarliśmy do końca podróży. Czyli, jesteśmy nad brzegiem Morskiego Oka.
Pierwsze co zrobiłem, to poszedłem właśnie nad brzeg tegoż Oka, no i usiadłem sobie na kamieniu. A co? Pełno ich tu. Przyznam, że po chwili przebywania
nad brzegiem, nabrałem strasznej ochoty, by wskoczyć do wody roztaczającej się przedemną. Taka ona czysta, taka zimniuteńka, taka... Taka... No taka...
Jednak trzeba zachowywać się tak, jak na turystę przystało. Ale kusiło, oj kusiło, żeby popływać w tej pięknej krystalicznej wodzie. W trakcie tych
"medytacji", nawiązałem bliższą znajomość z mieszkańcami okolic Wrocławia, którzy "rozlokowali" się na pobliskim kamieniu. Ech... Znowu rozgadałem
się bez umiaru, zamiast pokazać fotki.
Tak więc cel wyprawy został osiągnięty. Właściwie to pozostało pochodzić po okolicy i wracać do domu. Co? Jak to "wracać"?
Bez jaj! Nie po to telepałem się ponad trzy godziny w "blaszaku", żeby teraz kończyć. Złapałem więc mapę w ręce i dalej studiować wszelkie
za i przeciw. Już miałem się nieco wrócić i pójść w Dolinę Pięciu Stawów, gdy postanowiłem zobaczyć Czarny Staw. A co? To tylko takie niewielkie
wzniesienie, zaledwie 190 metrów różnicy poziomów. Cóż to dla takiego "mena" jak ja. No i poszedłem. Tu gdzie właśnie jestem, strasznie parno było.
Miałem nadzieję, że wyżej będzie dużo lepiej pod tym względem. Zresztą nie ma co opowiadać. Szedłem sobie pod górę, robiąc zdjęcia. A robiłem je
jak popadnie. Większych różnic między nimi nie ma. Ot, tylko wyżej i wyżej. Poza tym otaczają nas skały, więc zawsze gdzieś się "wkręcą" w kadr.
Nic na to nie poradzimy. Taki ich urok.
Tu było tylko minimalnie chłodniej niż 200 metrów niżej. Chyba że to mnie się tak zdawało, bo zmachałem się tym wejściem jak nie
powiem co. I potu wylałem z siebie, tak z litr będzie jak nic. Pierwszą rzeczą która uderza po przybyciu tutaj, jest cisza. To bardzo dziwne, gdyż
ludzi było sporo tego dnia i raczej cicho to się nie zachowywali. A drugim uderzającym widokiem, jest super czysta woda. Ja wiem, że to jest świeża
niczym nie skażona woda ze śniegu, zalegającego jeszcze wszelkie możliwe szczeliny. Ale mimo wszystko, takiej czystej wody to ja dawno nie widziałem.
Więc podziwiam sobie widoki, łażę tu bez sensu, zajadam suchary. No właśnie. Suchary okazały się najlepszym jedzonkiem, jakie miałem do jedzenia.
Nigdy więcej niczego innego do jedzenia nie zabiorę. To teraz popatrzmy sobie na te fotki. Ja też to zrobię.
Tak tu ładnie. Tak tu miło. Tak spokojnie. Istna sielanka. Plan więc został zrealizowany. Czegóż można jeszcze chcieć. Ech.
Czy jest coś, co może być fajniejsze? Co by moją kondychę sprawdziło? Co dodało by więcej wrażeń? Co byłoby wyzwaniem dla pierdzistołka takiego jak ja?
To może pójść jeszcze wyżej? Nogi mnie jeszcze nie bolą. Nawet nie zziajałem się za bardzo. Czasu mam pod dostatkiem. Kurcze pieczone! Nie będę tu
siedział jak kura na jaju! Idę dalej. Zobaczymy, gdzie wymięknę albo padnę. Tak więc tym oto sposobem, wyruszyłem na trasę prowadzącą na najwyższy
szczyt w Polsce, zwany Rysy. Ciekawe, od czego wzięła się ta nazwa? Najpierw jednak trzeba obejść jeziorko. Nie jest to jakaś szczególnie męcząca lub
niewygodna droga. Czasami tylko luźne skały przeszkadzały. Tak to mniej więcej wyglądało.
Do tej pory wszystko było pięknie ładnie, ale gdy podejdziemy bliżej i popatrzymy sobie, na co tak naprawdę się porywamy, to całe
piękno diabli biorą. Nie będę ukrywał, że mnie zatkało. Na fotkach może i nie wygląda to strasznie, lecz w rzeczywistości, to nie takie
hop siup. Kidy dciera się do miejsca, gdzie szlak wiedzie stromo pod górę, oraz zobaczy się z czym przyjdzie się zmierzyć, to naprawdę,
różne myśli przetaczają się po łepetynie. Ja jednak, już nie miałem żadnego wyboru. Postanowiłem wejść na szczyt, no to nie ma odwołania.
Chociażby miałoby się to zakończyć porażką. Pierwsze metry nie były trudne, bo i zmęczenia jeszcze nie było. Tak prawdę powiedziawszy,
pierwszy raz o bezpieczeństwie pomyślałem, gdy przyszło mi przejść po lodzie. Jak widać na pierwszym zdjęciu poniżej, stoję na czapie ze
zmarzniętego i topniejącego śniegu. Było pierońsko ślisko. Nawet moje super-ekstra-mega-wypasione "trampki", kompletnie tego czegoś się nie
trzymały. Gdy pomyślałem, co też by się stało, jakbym się "poślizgł" i "poszedł" w dół, zdecydowanie zacząłem zwracać uwagę, gdzie stąpam,
a raczej gdzie stawiam stopy i co robią inni na szlaku. Zresztą, od tego miejsca, praktycznie do szczytu, szlak jak nie był zasypany luźnymi
kamieniami, to znowu czasami w ogóle nie było szlaku. Wyglądało to tak, jakby jakaś lawina skał uszkodziła ścieżki. Ale to nie wszystko.
Miejscami woda spływająca po drodze przecinała szlak i źle się wspinało, bo mokre kamienie były bardziej śliskie niż wspomniane czapy śniegowe.
No i nie trudno zgadnąć, co byłoby gorsze, poślizgnąć się i upaść na śnieg, czy na kamienie. Jak spojrzeć na drugą fotkę, to zobaczymy, że pod
tym śniegiem jest pusta przestrzeń. Trudno powiedzieć jak gruba jest ta warstwa śniegu. W każdym razie spokojnie utrzymuje człowieka na powierzchni.
A woda pod spodem ciągle sobie płynie. No i ta wspinaczka. Ile razy dostałem tu zadyszki. Ło matko! Ilem razy golnął z flachy... Wodę piłem! No co?
Dobrze piszę. Piłem wodę a nie wódę. To ogromna różnica.

A ile było gadania między podobnie cierpiącymi
współtowarzyszami wspinaczki, tego nie da się już w żaden sposób opowiedzieć. Dzielnie walczyłem z przeciwnościami, a przy okazji robiłem zdjęcia.
Część z nich zobaczymy poniżej. Miłego oglądania.
Nieco odetchnąłem po dotarciu do miejsca przedstawionego poniżej. Nazywa się to "Bula pod Rysami". Mówiąc prościej,
jest to spory kawał skały wystający ze zbocza. Stosunkowo płaski, lecz na jego powierzchni leży dużo luźnych kamyków i kamieni. Jakoś nie
za bardzo miałem ochoty zbliżać się do krawędzi tego cypla. Zdjęcia które tu widać, chciałem nawet połączyć w panoramę, ale jakoś tak mi
się nie chciało tego robić, więc są, jakie są. Właśnie od tego miejsca pojawił się miły chłodek, a do tego powiewał leciutki wiaterek.
Właśnie tego mi trzeba było. Postałem, popatrzyłem, pofociłem i poczłapałem dalej. Tylko dlaczego kark mnie piecze?
Po chwili wspinaczki, ponownie docieramy do czapy śniegowej, którą trzeba przejść. Tylko że tym razem, to już nie ma żartów.
Bula pod Rysami leży na poziomie
2054 metry, a my jesteśmy nieco wyżej. Czarny Staw zaś, leży na poziomie
1583 metry. Czyli to ponad pół kilometra w dół. Resztę, to już możecie sami sobie dośpiewać. Ten natomiast śnieg,
w odróżnieniu od poprzedniego, charakteryzował się zdecydowanie niższą temperaturą. Był śliski, że szkoda gadać. Każdy, kto tędy przechodził,
sprawdzał kilkakrotnie przyczepność obuwia i wspomagał się rękoma. Najlepiej jednak to mieli ci, którzy posiadali kijki do chodzenia. A ja?
Wiadomo. Ja nie miałem. Ale też nie wiedziałem, że takowe istnieją.

Oj było więcej adrenalinki w żyłach. Oj było!
 |
 |
Lecz na tym nie koniec. Docieramy bowiem, do pierwszych pomocnych "ustrojstw" na drodze. Są to łańcuchy przymocowane do skał.
Nie byłoby praktycznie żadnych szans na dalszą wspinaczkę bez nich. A przynajmniej, na bezpieczną wspinaczkę. Pomagały bardzo. I tu na tych
łańcuchach można na własnej skórze przekonać się o kondycji naszych kończyn. Znaczy się, to że nogi mam sprawne jak na swój wiek, to wiedziałem.
No ale że manipulatory, zakończone pięcioczłonowym elementem roboczym, na przegubach gładkich, sztuk dwa, będą mówiły to samo co moje nogi po
przebyciu 21 kilometrów. Tego się nie spodziewałem. Na domiar złego, obsługa tychże łańcuchów odbywała się gołymi "ręcyma". Co będę dużo mówił.
Strasznie przydałyby się rękawiczki bez palców. Zdobywanie tego szczytu, szybko zweryfikowało moje poglądy na bycie "twardzielem". Nic to.
Jak mawiała Baśka do Wołodyjowskiego. Do celu zostało już niewiele. Tak. Teraz to łatwo mi pisać, że niewiele. Poszedłem dalej tak szybko, jak
tylko się dało. Przed samym szczytem był mały zator. Ktoś się wystraszył wysokości i tak uczepił łańcucha, że chwilę trwało, zanim wymyślono
sposób na ominięcie delikwenta. Potem to już bez problemów.
I tego, co się stało, nikt by się nie spodziewał. Nawet ja sam. Ale, stało się. Nawet nie wiem jak by to wyrazić. Niestety.
Ja tak zawsze mam, że wcześniej czy później, ale zawsze tak jest, iż następuje ten moment. Otóż ogłaszam wszem i wobec, o udanej próbie wejścia
na szczyt o nazwie Rysy. Stało się to 13 sierpnia 2010 roku o godzinie 13:55. (No. Podaj jeszcze, w jakich butach i jakich skarpetkach,
że o majtkach nie wspomnę, dokonałeś tego). Co ja za pierdoły tu piszę? Pewnie to wszystko przez słoneczko, które strasznie przypiekło mi kark.
Może nie tylko w kark paliło! Cóż to jednak znaczy, kiedy jest się na wysokości dwa i pół kilometra. Wiem, wiem. Są wyższe szczyty. Powtórzę się
więc ponownie. Nie obchodzą mnie inne miejsca. Jestem zainteresowany tym, co mam pod nosem. Tak więc dotarłem, usiadłem i zacząłem wcinać sucharki, robiąc
przy okazji fotki. Po chwili spostrzegłem, że od zachodu nadciąga taka pierońsko czarna chmura. Wyglądała jak ogromny dysk z takim jakby zębem na
krawędzi, zdecydowanie wystającym w dół. Siedziałem cicho, nasłuchując jakichkolwiek grzmotów lub innych takich dźwięków. Lecz nie usłyszałem.
A zatem to taka sobie chmurka. Pytanie jednak pozostaje. Dlaczego ona idzie na nas? No i doszła. Najpierw zrobiło się ciemno i zimno jak diabli.
Zero stopni to może nie było, ale powyżej 10 stopni, tym bardziej nie było. Szybko każdy, kto był na szczycie, ubierał na siebie, co miał ciepłego.
Ja też ubrałem polo, gdy nagle zaczął padać deszcz, a potem deszcz ze śniegiem. Przy czym więcej było deszczu. No i znowu każdy pogrzebał w plecaku.
Jedni ubierali kurtki przeciwdeszczowe, inni pelerynki. Tylko ja nie grzebałem w plecaku. No cóż. Skleroza to straszna choroba. Nie miałem nic
przeciwdeszczowego. Tu wkoło ludzie zabezpieczeni, a ja siedzę skulony. Taaaak. Nagle doznałem oświecenia. Może to jednak nie skleroza. Przypomniałem
sobie, że w rogu plecaka jak się pakowałem, zostawiłem... składany parasol. Szybko go wyjąłem i rozłożyłem, a wszyscy dookoła robili mi zdjęcia. Co
to ma znaczyć? Małpa jestem, czy co? Deszcz padał jakieś 10 minut, a skały zrobiły się takie śliskie, że o chodzeniu nie było właściwie mowy. A gdy
deszcz ustał, okazało się też skały były na tyle nagrzane, że bardzo szybko wyschły. Porobiłem więc jeszcze trochę fotek i... ze smutkiem poszedłem
ponownie w tę samą trasę, którą przed chwilą tu przybyłem. Cóż dodać. Udała mi się nad wyraz pogoda. Pięknie było. Naprawdę pięknie. Długo by opowiadać,
lecz internet nie z gumy, a kiedyś skończyć trzeba tę opowieść. Robię to z żalem.
Początek schodzenia nie był taki straszny jak się zdawało. Zapylałem w dół aż miło. Co ciekawe. Pierwsze 200 metrów wysokości
szło się dosyć szybko. Jednak to zapewne za sprawą dobrze widocznego co dopiero zdobytego szczytu. Kryzys pojawił się, gdy dotarłem do wspomnianej
wcześniej czapy lodowej tuż przed "Bulą pod Rysami". O ile sam śnieg przeszedłem bezpiecznie, o tyle mokra podeszwa i luźne kamienie spowodowały
że zjechałem kilkadziesiąt centymetrów w dół. No i ucierpiało na tym lewe kolano. Nie zabrałem też bandaża elastycznego, którym mógłbym je nieco
usztywnić, dlatego też dalsze schodzenie to już była udręka. Czasem, gdy nieostrożnie postawiłem stopę, potrafiło zaboleć. Kryzys pogłębiało też
dziwne zjawisko. Otóż wydawało mi się, że pomimo niewątpliwego poruszania się w dół po szlakiu, wyglądało jakbym stał w miejscu. Bardzo to dziwne
było. Co zaś widziałem przy zejściu do schroniska nad Morskim Okiem, zobaczyć można poniżej.
Kiedy dotarłem do schroniska, szybko udałem się do bufetu po wodę. Niestety muszę też przyznać o zbyt małym zapasie wody na drogę.
Mniej więcej o jakiś litr. Nie wziąłem poprawki na okoliczność, nie tylko upału panującego tego dnia, lecz na wysiłek, z którym przyjdzie mi się
zmierzyć. Chociaż na trasie spotkałem jednego gościa, który rwał do przodu jak młody źróbek, a gdy go dochodziłem, to właśnie kończył "jarać"
kolejnego "szluga". Wiem. On młody był. Jak sobie pomyślę, że też takim "baranem" byłem, to niedobrze mi się robi. Ech, życie, życie... Ostatnie
spojrzenie na miejsca gdzie byłem i...

Siedziałem na ławeczce z godzinę, zastanawiając się co by tu zrobić. No a niby co można było zrobić? Wezwać TOPR, żeby mnie podwieźli?
Podniosłem swą szanowną ... i poszedłem z buta. Wprawdzie lewa "witka" doskwierała, to jednak spokojnie dawała sobie radę. Znowuż zalewam. Jak
dawała sobie radę, jak trasę, którą normalnie pokonałem w półtorej godziny, idąc pod górę, tym razem pokonałem w czasie prawie dwie i pół godziny!
No dobra. Przyznaje się. Nieco przegiąłem. Na początku było zbyt intensywnie, a na koniec zabrakło rozwagi i taki jest tego skutek. Nawet dziś,
po tygodniu od wyprawy, odczuwam jeszcze tego skutki.
Takim oto sposobem, odwiedziłem Tatry. No i od razu zdobyłem najwyższy jego szczyt. Wiem, że Gerlach jest najwyższy, lecz
w tym przypadku chodzi mi o Polskę. Prędkość, z jaką to zrobiłem, też mnie zaskoczyła. Właściwie wszystko tego dnia mnie zaskoczyło. Nawet
zaskoczyło mnie, zaskoczenie. Tak? Naprawdę? To może jednak pokażę ostatnią fotkę, która zrobiłem tego dnia.

Jeszcze coś o powrocie. Gdy byłem jeszcze w schronisku, słychać było gdzieś daleko burzę. Opuszczając Bukowinę Tatrzańską,
można było dostrzec ciężkie chmury na północy. Od Nowego Sącza na horyzoncie widać było błyskawice. Ale jakieś dziwne. Ich światło
bardziej wpadało w kolor żółty. Od Tropsztyna, padało. A im dalej było coraz gorzej. W Melsztynie okropna burza, gdzie jeden z piorunów
uderzył gdzieś w okolicach ruin zamku. Huk słyszałem, mimo bardzo głośno grającego radia. A te błyski wyglądały kapitalnie. Jak dotarłem
do Tarnowa, po burzy nawet śladu nie było. A jak się później okazało, to wcale jej tu nie było. Ot spadło troszeczkę deszczu. Piszę to
wszystko tylko z "kronikarskiego" obowiązku. Pomimo wpadek, czyli braku, nieprzemakalnego czegoś, rękawiczek, które strasznie przydałyby się
przy łańcuchach, braku środków opatrunkowych, więcej grzechów nie pamiętam. To całą wycieczkę uznaję za bardzo udaną. Nie żałuję niczego. No może
tego, że chciałem to załatwić szybko, przez co doznałem kontuzji. Ale już się nie mogę doczekać, kiedy kolano wydobrzeje, by pójść znowu gdzieś
na wysokie szczyty. Tym razem, muszę znaleźć nieco mniej męczące drogi. Nie chciałbym nabawić się większej kontuzji. Wszystko powoli. Jedynie
stwierdziłem wystąpienia u mnie zauroczenia, objawiającego się ciągłą tęsknotą za podróżami i chodzeniem. Nie wiem czy to nie jest choroba. Jeżeli
ten bakcyl jest zaraźliwy, to chciałbym zarazić każdego. Naprawdę. Lepsze to od siedzenia przed komputerem. Dlatego popatrzcie jeszcze
raz na to, co tu pokazałem, wyłączcie komputer i idźcie gdzieś pochodzić. Warto naprawdę. Kończąc, pozdrawiam kolegę Bartka, za to że dał
mi impuls do działania. Reszta jak widać, wyszła sama z siebie. Pozdrawiam też wszystkich, którym chce się czytać te wypociny. I tych, którzy
piszą do mnie. No i dziękuję wszystkim dobrym Duchom, otaczających mnie nieustanną pomocą w zmaganiu się z przeciwnościami. Nie spocznę w swych
wędrwkach, dopuki się da.
Dziękuję.
Wasz SSP
.