Wycieczka na Turbacz i Kiczorę
Tak mnie napadło na chodzenie po górach, że wysiedzieć nie mogę. Do tego dokłada się przepiękna słoneczna pogoda.
No i wypada wspomnieć o rozpoczętych niedawno wakacjach. Wprawdzie ja nie mam już niestety wakacji,

ale mam
urlop. Dla tych, co nie mają pojęcia, cóż to jest ten urlop, przypominam, że każdy posiada zaledwie około trzech tygodni wolnego. I ja
właśnie jeden z takich dni wykorzystałem. Ostatnio tylko Pieniny i Pieniny. Trzeba urozmaicić nieco to "menu". Wprawdzie miałem tego dokonać
jeszcze w zeszłym roku, lecz jakaś taka niechęć, albo lenistwo... Tak. Bardziej to lenistwo tu pasuje. Co by tu nie mówić dopiero teraz powoli
realizuję plany, które z różnych powodów nie mogły być zrealizowane wcześniej. Sama wycieczka nie była do końca przemyślana. Kompletnie nie
byłem do niej przygotowany. Nawet mapy nie miałem. W końcu po bardzo długiej nocy zastanawiania się czy jechać w Pieniny i pójść na Przechybę,
czy właśnie na tytułowy, Turbacz. Ostatecznie wygrało to, co opiszę. Ponieważ było sporo chodzenia, no i mając pewne doświadczenie zdobyte podczas
wchodzenia na Lubań, pojechałem bardzo wcześnie rano. Za miejsce startu i zarazem mety, obrałem sobie miejscowość Łopuszna. Przyjechałem tu coś
koło 8 rano. Nie mając rozeznania gdzie by można zaparkować auto, zrobiłem to w najmniej odpowiednim miejscu. Był to parking przy domu ks.
Józefa Tischnera, w którym mieści się izba pamięci. Tak nawiasem mówiąc, właśnie trwały obchody 10 rocznicy śmierci księdza. (zm. 28.06.2000)
Muszę sobie kupić jego książkę pt. "Filozofia po góralsku". Rewelacja. No dobrze. Idziemy dalej, bo nie skończymy. Miałem nadzieję, że w tam
kupię jakieś mapy. Niestety. Niczym takim nie dysponowano. A szkoda. Wprawdzie wydrukowałem sobie mapę z internetu, lecz taka fajtłapa jak ja
zawsze musi coś wymyślić. Nie zabrałem jej z domu. Pamiętałem wprawdzie przebieg szlaku i kolory, lecz poleganie na swojej pamięci może być
groźne. Ostatecznie wspierałem się nawigacją samochodową, gdyż posiada zapisane szlaki. Trzeba tylko niezbyt często jej używać, bo w przeciwnym
razie może zabraknąć energii w bateriach. Jasny gwint! Alem się rozgadał... Znaczy się, rozpisał! Pokazać wypada zdjęcia z drogi. Trzy poniższe zrobiłem
tuż przed Łopuszną. Po cóż pokazywać Tatry? Ano po to, że ładnie wyglądają i... A nie będę zdradzał wszystkiego.
A tu jak już pisałem, udałem się do "Tischnerówki", bo tak nazywa się ten dom. Nie udało mi się go zwiedzić, gdyż przybyła
jakaś wycieczka sporym autokarem, przez co zrobiło się okropne zamieszanie.
Właściwie to w tym miejscu powinienem opisać samą wycieczkę, wrzucić zdjęcia i zakończyć. No bo proszę mi powiedzieć. Ile można
pisać o tym że się szło drogą, że na lewo dom, na prawo dom a środkiem asfalt płynie. Eeee... Że co? Tak to nie szło w oryginale. Nie ważne. Aby
dojść do początku szlaku, trzeba przejść około półtora kilometra przez samą Łopuszną. Więc idziemy sobie, idziemy. A zaprezentowane tu trzy fotki
pokazują jedynie fragmentarycznie ten fakt.
Zapomniałem dodać, że spokojnie można było pojechać dalej i zaparkować na placu tartacznym położonym niedaleko miejsca gdzie
zaczyna się wejście na szlak. Nie jest może jakieś wielkie, ale kilka aut zmieści się bez problemu. Ale dotarliśmy do miejsca gdzie trzeba pójść
na szlak niebieski. Tak zresztą pokazywały znaki na pobliskim słupie. Już miałem przejść po tym betonie widocznym na poniższym zdjęciu, gdy nagle
dostrzegłem kładkę nad potokiem, ukrytą wśród zarośli. Trzeba tylko pójść nieco dalej.
 |
 |
Po przejściu na drugą stronę, wchodzimy na niewielką polanę gdzie trzeba uważać. Miejsce to oblężone było przez bardzo groźne
zwierzę, produkujące jedne z gorszych rzeczy, jakie można spotkać na drodze. Są to "miny poślizgowe". Tak jest. Macie rację, myśląc o krowach.
Liczba "placków" na drodze spowolniła mnie dość skuteczne. Od tychże "placków", odrywały się roje wszelakiego owadziego rodzaju. Największą
grupą złego zwierza, były muchy wszelakiej maści i kolorów. Ludzie w życiu nie byłem atakowany takimi rojami. Nawet zeszłoroczna
przygoda na Marcince
to nic w porównaniu z tymi tutaj rojami. Szybko jednak udałem się w kierunku właściwego szlaku i już po chwili wszedłem w las. Wejście na właściwy
szlak i jego fragment zobaczyć można poniżej.
Tak sobie idziemy przez las, rozmyślamy o wszystkim i niczym, obmyślamy wszelkie chytre plany, walczymy z muchami, komarami
i innymi "bzykami". Nagle wychodzimy z lasu, napotykając się na kilka gospodarstw na stoku. I co już niedługo koniec? A gdzieżby tam! Po około godzinie
wędrówki przebyliśmy zaledwie jakieś 1/4 drogi na Turbacz. Teraz dopiero to wiem. Wtedy różne myśli chodziły mi po głowie. Miejsce gdzie jestem
i robię zdjęcia, nazywa się Zarębek Wyżni. No i widoki są tu całkiem, całkiem.
Zapomniałem dodać o spotkaniu z tutejszym psem pilnującym domostw. Gdy robiłem sobie i okolicom zdjęcia, nagle z jednego z podwórek
wypadł pies. Taka mniejsza wersja owczarka niemieckiego. Strasznie ujadał i podchodził coraz bliżej. Byłem przygotowany na odparcie ataku podnosząc
z ziemi całkiem sporych rozmiarów kij. No i pies mnie zawiódł.
- Co?
- No zawiódł mnie.
- Jak to?
Ano tak to. To był ten rodzaj
"stróża" który robi tylko dużo hałasu. A gdy zaczniesz do niego podchodzić, to ucieka, lub przychodzi, dając się pogłaskać. Ten wprawdzie nie dał
się pogłaskać ani specjalnie nie uciekał. Po chwili strasznego jazgotu i szczerzenia kłów, zachowując dystans, położył się nie dalej jak 4 metry
ode mnie obserwując. Leżał tak sobie, nie wykazując żadnego innego dziwnego zachowania. A gdy ruszyłem w dalszą drogę, to podniósł swe oczęta z poziomu
drogi nawet nie ruszając się z miejsca. Ja zaś ponownie ruszyłem przez las w dalszą drogę. Ta zaś wyglądała jak na poniższych zdjęciach. Na uwagę
zasługuje coraz gorsza widoczność Tatr. A tego widoku głównie oczekiwałem. Szkoda. Nie muszę wspominać o błocie, które czasami zmuszało do wejścia
głębiej w las. Jednak czasami nie był to najlepszy wybór. Gęste zarośla nie pozwalały w miarę szybko się poruszać. Ostatecznie, kiedy już pierwszy
raz wpadłem do tego bajora, to w dalszej wędrówce mało zwracałem uwagę na nie. Oj. Ubrudziłem się całkiem fajnie.
Na zakończenie tej części wspinaczki, dochodzimy do wzniesienia Bukowina Waksmundzka. Na sam szczyt nie wchodziłem, bo... Jakoś
tak mi się nie chciało. Za to poszedłem pod domek widoczny poniżej. Z tarasu tegoż domu, rozciągały się fajne widoki, więc zrobiłem fotkę. A na
zdjęciu widać Dunajec wpadający do zalewu Czorsztyńskiego, no i centralnie charakterystyczny kształt wzniesienia w Pieninach, czyli Trzy Korony.
Wszystko pięknie fajnie, lecz nie dało się tu zbyt długo wysiedzieć. Żar lał się z nieba strumieniami. I o dziwo muchy gdzieś zniknęły.
 |
 |
Nie ma co siedzieć zbyt długo. Poszedłem dalej w drogę. Ta zaś tym razem zaskakuje bardzo, bo co chwila daje nam piękne widoki
w postaci sporych przerw pomiędzy drzewami. Jedynym minusem tej wspinaczki na polanę Długie Młaki są wszędobylskie muchy, które jakby zaatakowały
ze zdwojoną siłą. Cała przyjemność z wędrówki przełożyła się na walkę z muchami. Zresztą prawie połowa zdjęć nie nadaje się do pokazania. A powodem
są właśnie latające owady. Gdy tylko podnosiłem aparat do zdjęcia, większość natychmiast latała przed obiektywem. Po prostu masakra na całego. Te, które
oglądacie, zrobione zostały w większości w ten sposób, że ustawiałem aparat, po czym szybkim ruchem przenosiłem go w lewo lub prawo i przyciskałem spust
do końca. Nie wszystkie wychodziły. Niektóre nieostre lub z muchami w kadrze. Lecz większość wychodziła bez problemu. Zatem idziemy w dalszą drogę.
Ponieważ polana Długie Młaki jest jednocześnie punktem widokowym, to zrobiłem kilka zdjęć. Nie wiem tylko co za "yntelygent" postawił
słupy energetyczne w takim miejscu. Musiał mieć coś z główką nie tak. Te dwie fotki poniżej muszą wystarczyć. Inne zdjęcia z tego miejsca to żenada.
Kompletnie się nie nadają na pokazywanie.
Będąc tu na górze i czytając jedną z tabliczek, dowiedziałem się, że niedaleko stąd, zaledwie 5 minut drogi, na Rusnakowej polanie
znajduje się Kaplica Papieska, na której wspomniany ks. Tischner organizował coroczne spotkania. Szkoda byłoby przegapić taką okazję.
Przyszedł jednak czas, by wrócić na szlak i kontynuować wspinanie. Tym bardziej, że do pokonania zostało nieco więcej niż kilometr
drogi po niezbyt stromym zboczu. Jak widać poniżej, tak to leciał... Znaczy się, tak to wyglądało.
Nareszcie można odpocząć. Pod parasolkami usiadłem i postanowiłem wpałaszować kilka batoników zabranych ze sobą. Siadam rozwijam
folię i... No właśnie. I błędem było zabranie ze sobą batoników w polewie czekoladowej. Tak naprawdę to od gorąca, czekolada popłynęła i tyle.
Jedzenie stało się co by nie powiedzieć, trudne. Tak się upaprałem tą czekoladą, że szkoda gadać. Nigdy już ze sobą nie wezmę takich wafelków.
Chyba że będzie to zima. Na szczęście przy schronisku znajdował się kran z wodą. Więc było się gdzie obmyć.
Następnie poszedłem zobaczyć szczyt Turbacza. Od schroniska to zaledwie 5 minut drogi. No i znowu się zaczęło. Normalnie tragedia
z tymi muchami. Jednak tym razem ich ilość przekraczała wszelkie normy. Atakowały już na bezczelnego. Siadały na oczach, atakowały nos, że o
wchodzeniu do ucha nie wspomnę już. Szedłem sobie, że tak powiem, biegiem. Mając nadzieję, że na szczycie będzie spokój. Ale najpierw pokazać trzeba
jak ta usłana udrękami droga wyglądała.
Po dotarciu na szczyt, jakież było moje zdziwienie, gdy okazało się, że agresja owadów wręcz się nasiliła. Praktycznie zdjęć
nie szło robić. Moja bytność tutaj była bardzo krótka. Zresztą nie było za bardzo na co patrzeć. Tatry znajdowały się w gęstych obłokach,
a do tego od nich właśnie co chwilę dolatywały odgłosy burzy. Z niepokojem patrzyłem, jak to ognisko burzowe zbliża się w kierunku Turbacza.
Pewnie nadciągająca burza tak uaktywniła te owady. Znowu się rozgadałem. Niestety, ale tylko te cztery zdjęcia mogę pokazać.
Po powrocie do schroniska, znowu owady opuściły mnie. Myślałem, że już na dobre. O jakież to były złudzenia. Nawet się zastanawiam
czy tylko mnie tak "kochały", czy też inni mieli podobnie. No ale czas pokazać jeszcze raz schronisko i zejście na dalszą drogę.
Dalsza droga była przyjemna, bo po pierwsze robactwo opuściło mnie całkowicie, a po drugie jak widać będziemy szli ścieżką przez
Długą Halę praktycznie pozbawioną drzew, to i widoki zapewne będą ciekawe. Tak było do czasu. Gdy zbliżyłem się do zagrody z owcami, na ichnich
odchodach siedziały nieprzebrane, niezliczone, niepojęte ilości plagi egipskiej. Jak to wystartowało, gdy nadszedłem, to nawet sobie nie wyobrażacie
tego dźwięku. Puściłem się pędem na otwarty teren. Niestety część owadziego stada nie odpuściła mi. Ileż mnie kosztowało zachodu, by zrobić chociaż
jakie takie zdjęcia bez tego tałatajstwa obrzydliwego, ten tylko będzie wiedział, co przeżył, podobne spotkanie z ohydną masą owadzią.
Ostatnie zdjęcie poniżej, przedstawia dokładnie to samo co ostatnie z pokazanego powyżej. Jednak z braku innego stosownego,
musiałem umieścić takie, jakie było pod ręką. Wszystko za sprawą maleńkiej tabliczki przy drodze. Informowała ona, że niedaleko, bo zaledwie
100 metrów od niej, znajduje się Terenowa Stacja Edukacyjna GPN. Dla informacji, bo nie wszyscy muszą to wiedzieć,
GPN
znaczy tyle, co
Gorczański Park Narodowy. Tak tym razem jesteśmy w Gorcach.
No i ja zaciekawiony poszedłem tam. Ku mojemu zaskoczeniu podeszła do mnie jakaś pani. Myślałem, że to jakaś turystka chcąca o coś zapytać.
No i jakież było moje zdziwienie, kiedy okazało się, że były tam dwie panie pełniące służbę dla GPN. Bardzo mnie namawiały, żebym zobaczył wystawę
roślin i zwierząt żyjących w parku. Musiałem je zmartwić stwierdzeniem, że uciekam przed zbliżającą się burzą i nie mam czasu na takie zabawy.
Zapytałem też o to czy nie mają jakichś map. Pani ucieszyła się na te słowa i dała się ze mną do wielkiego pomieszczenia, przypominającego salę
konferencyjną i z ogromnego kufra wyjęła mapę. Może nie jest wielka, ale za to bardzo dokładna. Sprawdzone w dalszej części wędrówki. Zresztą
bardzo ta mapa się przydała. Gdybym jej nie miał, byłby mały kłopocik. Ścieżka w nawigacji zawiera błąd. Wprawdzie niewielki, lecz niepotrzebnie
chodziłbym w kółko. Tak więc zapłaciłem za mapę i poszedłem dalej. No to jeszcze raz muszę tu przyjść, gdyż obiecałem obejrzeć eksponaty
jeżeli nie w tym to w następnym roku.
 |
 |
I tak opuszczając stacje edukacyjną, mina mi nieco zrzedła, bo cała wycieczka dobiegała końca. do dręczących mnie owadów dołączyły
jeszcze komary, które spowodowały bardzo duże tempo schodzenia. A muszę powiedzieć, że czasami cała ta zgraja opuszczała mnie na chwilę, by znowu
zaatakować. Tak uciekałem, że obok wzniesienia zwanego Kiczora, śmignąłem niczym "Road Runner"*. Nie tylko owadzie towarzystwo gnało mnie do przodu.
Odgłosy nadciągającej burzy tez nie zostawiały mi wielkiego wyboru. Tym bardziej że nie posiadałem niczego przeciwdeszczowego. Coś mi mówiło;
"uciekaj". W tym pośpiechu, pomyliłem szlaki. I zamiast iść szlakiem pieszym, poszedłem szlakiem dla rowerów i jeźdźców wierzchowych. Droga oczywiście
dłuższa. A co? Stać mnie na taką ekstrawagancję. Zamiast gadać, to popatrzcie sobie na fotki. Zwracam uwagę na zdjęcia z owadami. Tu było bardzo źle. Najgorzej ze
wszystkich dotychczasowych miejsc. Nawet przy zagrodzie z owcami nie trwało to tak długo.
Na ostatnim zdjęciu powyżej, płynie sobie strumyk. Jak ja się ucieszyłem z jego widoku. Cały zapas wody, czystej wody wypiłem.
Została mi butelka z jedynie kilkoma łykami wody, lecz była ona z dodatkiem cytryny. A ja chciałem umyć twarz z potu. Bo ten wlewał mi się
do oczu, przez co piekły jak diabli. No i dopadłem wodę, umyłem twarz. Jakaż to była ulga. Niestety. Właśnie wtedy dowiedziałem się, dlaczego
muchy nie siadają tak ochoczo na spoconą skórę. Jak tylko twarz zaczynała mi wysychać, ataki na twarz wzmogły się jeszcze bardziej. Zapewne
słony pot z zawartymi w nim związkami nie smakuje im za bardzo. Ale ostatecznie po chwili znowu czoło zrosił się potem, to i ataki szybko
prawie ustały. Dosłownie pięćset metrów dalej, trafiłem na ogromne błoto. Tuż za nim na znajomy plac tartaczny. A więc to koniec. Znaczy
się prawie koniec, bo jeszcze zostało dostać się do auta, a to jakiś zaledwie kilometr drogi.
 |
 |
żeby już nie zawracać głowy. Ostatnim zdjęciem, jakie zrobiłem tego dnia, jest poniższe. Co ciekawe. Owady opuściły mnie już
na dobre. Nie miałem z nimi więcej do czynienia. Idąc tak sobie przez Łopuszną trafiłem na otwarty jeszcze sklep gdzie kupiłem nieznanej
mi marki loda śmietankowego. Taki był pyszny, że poważnie się zastanawiałem nad zawróceniem i zakupieniem jeszcze jednego. Na szczęście
nogi wchodzące mi do d... No wiecie gdzie, skutecznie wybiły mi te durne pomysły.

Przyszedł czas, by zakończyć tę strasznie długą opowieść. Jak się tak zastanowić, to rodzi się pytanie. Czy ktoś to
w ogóle czyta? A może ja to niepotrzebnie robię? Powiem szczerze. Nurtują mnie te pytania. Ale wracając do tematu, wycieczka była jak
najbardziej udana. Mało tego. Ja już dorwałem takiego bakcyla na chodzenie, że sam sobie się dziwię. Właściwie to chciałbym pracować
właśnie tak. Chodzić po górach i chociażby malować szlaki, czy poprawiać zdewastowane tabliczki. Mógłbym to robić codziennie. Chociaż
mogłoby się okazać, iż szybko bym ten fach porzucił. Tak jak według zasady: Oczy by jadły. A żołądek nie może. No nic. Gdyby nie te muchy
mógłbym powiedzieć o bardzo udanej wyprawie. Jednak nie udało mi się zrobić jednego. Nasycić się widokami tak, jak tego pragnąłem
wybierając się na tę wyprawę. Co oznacza, że trzeba będzie ją powtórzyć.

No może nie w tym roku. Chociaż
kto wie. Kto wie. Na koniec muszę powiedzieć o nadciągającej burzy. Otóż. Wprawdzie zachmurzyło się, to jednak sama chmura burzowa
przeszła obok. nie spadła nawet jedna kropelka deszczu. Ot taka przewrotność natury.
Na koniec zapraszam jak zawsze na szlaki.
Naprawdę to samo zdrowie. Może czasem nie jest tak jak planujemy, ale za to sama przyroda czasami płata nam miłe figle, a czasami
nieprzyjemne figle. Tym razem przyjemnie nie było za bardzo. Ale chrzanie głodne kawałki. Jasne, że nawet dwa razy tyle owadów, nie
mogłoby mnie powstrzymać, przed pójściem w góry! I niech tak zostanie.
Pozdrawiam bardzo serdecznie wszystkich, którym chce się to czytać.
Wasz SSP
* Road Runner - Struś Pędziwiatr.

.