Jeszcze coś o powodzi
Tuż po tygodniowych opadach deszczu i związanymi z nim powodziami, nastały nam upały. Właśnie dzisiaj,
(9.06.2010), zapowiadali synoptycy największe. Nie było sensu siedzieć w domu. Jadąc rowerem,
potencjalnie jesteśmy wystawieni na większy upał. Lecz poruszające się wokół nas powietrze sprawia, że i tak jest
większy komfort niż idąc piechotą. Jadąc w kierunku Nowodworze, jakoś tak odruchowo skręciłem do Pleśnej.
No i po drodze mamy most w Kłokowej. Pokazywany już przy okazji niedzielnej wyprawy. I cała wycieczka mająca za zadanie ucieczkę przed upałami,
przerodziła się w kolejną opowieść o zniszczeniach po powodzi. W Kłokowej nic się nie zmieniło. No może kilka wiszących drutów pozwijano.
I to wszystko. Pewnie spece zastanawiają się jak to wszystko naprawić. Jedynie położono tymczasową kładkę nad oberwaną częścią mostu.
Dzięki czemu można przejechać lekkim pojazdem na drugą stronę.
Później postanowiłem pojechać wzdłuż Białej do Rzuchowej, by udać się do Rychwałdu. I po pokonaniu kilkuset metrów, ponownie
natknąłem się wprawdzie nie na zniszczenia, lecz na nowe zakrzywienie koryta Białej. Trzeba przyznać, że niezły kawał ziemi wyrwała. Okropne.
Przecież to taka sobie rzeczka. By nie powiedzieć, strumyczek. Drugie zdjęcie, to droga w kierunku Rzuchowa i Łowczówka.
 |
 |
Następnie pojechałem trasą, którą to pokazywałem
tutaj, by przez kładkę dojechać do Łowczowa. Po drodze zatrzymałem się w pewnym miejscu, by pokazać spękaną ziemię, oraz
inne obrazki popowodziowe. Jakiż okropny fetor wydobywał się spod tego popękanego iłu przykrywającego rośliny to szkoda gadać. Palące słońce
wysuszało tylko wierzch. Pod tą warstwą mułu miejscami grubości 10 do 15 centymetrów, woda przechodziła w stan pary. Rośliny i wszystko, co zostało
pogrzebane pod tą warstwą, po prostu gniło. Nawet udało mi się porozmawiać z jedną panią z pobliskiego domu. Oj smutne to były rozmowy. Bardzo smutne.
Nie byłem przygotowany, więc więcej słuchałem. Jakoś nie mogłem znaleźć żadnych odpowiednich słów. Mostek, którym chciałem pojechać niestety zabrała
woda. Robiąc przy tym jeszcze większą wyrwę pomiędzy brzegami. Nie miałem śmiałości nawet tego sprawdzać.
Jeszcze tylko pojechałem zobaczyć miejsce skąd ta woda przyszła na te tereny. Lecz widok był raczej opłakany. Zrobiłem kilka fotek
i wróciłem się do mostu koło Woźnicznej i pojechałem w kierunku Rzuchowej.
Nieco zasmucony rozmową z powodzianami tak sobie jechałem, że wreszcie w Rzuchowej ponownie skręciłem na most w Kłokowej, po czym
ponownie w Nowodworzu skręciłem gdzieś... Nie powiem gdzie, ale widoki z tego miejsca nieco pozwoliły mi się rozluźnić. Tory na ostatnim zdjęciu
prowadzą w kierunku Krynicy.
Na koniec przejeżdżając przez Tarnowiec, zastanawiałem się czy jest sens jechać na ruiny zamku. No jak widać poniżej, z niechęcią
, ale dokonałem tego. Tam chwilę posiedziałem, by udać się do domu.
Po cóż to wszystko opisałem? Nie wiem. Coś mi mówiło, że powinno się tu właśnie znaleźć. Wiem, że może już wszyscy mamy dość tego
tematu, lecz przemilczanie go, nie spowoduje jego nagłego zniknięcia, czy rozwiązania. Trzeba pamiętać o takich sprawach. Bo znowu kiedyś może
wypłynąć temat o szybkim zapominaniu. Tak. My ludzie zbyt szybko zapominamy o innych. Kończąc ten powodziowy temat, mam nadzieję, że już nie
będzie potrzeby powtarzania tej lekcji pokory przed naturą. Czego wszystkim życzę.
SSP.