Kolejny raz Trzy Korony
Co by tu napisać, żeby nie skłamać. Już sam tytuł za siebie mówi. No i słyszę utyskiwania: No nie! Znowu te Pieniny,
a wraz z nimi Trzy Korony! Co on się na nie uwziął! Jakby to wytłumaczyć? Jest kilka powodów, dla których tak właśnie się stało.
Otóż wyprawa ta, miała miejsce tuż po intensywnych opadach deszczu. Oj długo padało i było nieprzyjemnie. Za to dzisiaj,
tj. 30.05.2010 , zrobiła się, że tak powiem, dość ładna pogoda. Szału nie ma, lecz mnie się chce chodzić po górach.
Od rana świeci słońce. Na kamerkach internetowych widzę to samo co za oknami, więc postanowiłem pojechać i odwiedzić górskie krainy.
Już jakiś czas temu miałem postanowienie, by pojechać w Gorce. Ostatecznie postanowiłem dokończyć wspinaczkę na Lubań, szlakami prowadzącymi
z Ochotnicy. Taka była domyślna wersja. Muszę tu ponownie użyć często wypowiadanego słowa, a mianowicie... Niestety. Tak właśnie. Niestety, ale
mnie się lejce porąbały i pojechałem do Ochotnicy, ale Górnej. Nazwa podobna tylko szlaków jakby nie było. Znaczy się były
ale trzeba było się wracać. Do tego zaczęło się bardzo chmurzyć i słychać było dalekie odgłosy wyładowań elektrycznych, potocznie
zwanych pioruny. Gorzej już być nie mogło. No i dodam jeszcze, że stosowną mapę zostawiłem w domu. Strasznie się zezłościłem.
Powiedziałem sobie: No kij w oko. Skoro już tu jestem, to chociaż lodzika zjem. I tak właśnie pojechałem do Krościenka na lodzika.
Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie turyści. No siedzę sobie na ławeczce, pałaszuję loda, a ci zwyczajnie schodzą sobie z góry.
No ruszyło mnie. Myślę sobie, a co mi tam. Najwyżej zmoknę. No i jak tylko zacznie lać, uciekam w dół i do domu. Godzina była
już późna, bo grubo po południu, a mnie się zachciało wchodzić na szczyt. Dodatkową motywacją było to, że od zeszłego roku nie
mogę jakoś wybrać się w Tatry. To chociaż może pogoda dopisze i je zobaczę. Nie wszystko można mieć od razu. No a druga rzecz.
Jak już pisałem w zeszłym roku, oglądalność tych moich wypocin, zwiększa się z roku na rok. Prawdę powiedziawszy, to nie
spodziewałem się tego. Co ciekawe, oglądają to moi bardzo bliscy znajomi, którzy, gdy się dowiedzieli, że mam zamiar zamknąć tę stronkę,
wręcz zachęcają mnie do kontynuowania. Nawet padła od jednego z 'oglądaczy' propozycja, bym wrzucał tu wszystkie zdjęcia, jakie udało mi
się zrobić. Raczej to chyba trzeba traktować jako żart. Każda taka wyprawa to około 350 zdjęć. Nie ma takiej możliwości. Zostanie tak jak jest.
Dobra zacznijmy, bo zapiszę kilka tomów ględzenia o wszystkim, tylko nie o wyprawie. Na początek takie sobie dwa zdjęcia.
 |
 |
W poprzedniej, znaczy w zeszłorocznej wyprawie, zapomniałem pokazać taką przydrożną kaplicę, a jest to charakterystyczny
punkt na drodze, no to teraz jest okazja pokazania tego obiektu.
Żeby nie zabierać cennego czasu na czytanie, można oglądać zdjęcia z miejsc, przez które dzielnie kroczyłem. Zobaczyć można,
jak wiele drzew powywracało się za sprawą ostatnio panujących ulewnych deszczy. A poza kilkoma niewielkimi pasami błota, droga była sucha
i bez jakichkolwiek niespodzianek.
Na wszystkich poprzednio pokazywanych zdjęciach, bardzo pięknie prezentuje się młodziutka zieleń. Jak ja uwielbiam
patrzyć na nią! Ech... Rozmarzyłem się strasznie. Na ostatnim zdjęciu, dotarłem do Zamku Pienińskiego.
To znaczy jego ruin. Ponieważ po drodze nie napotkałem żadnych turystów, a do tego co chwilę pokrapiało z nieba, pomyślałem że
nikogo na zamku nie będzie, to będę mógł sobie pobiegać po jego ruinach i robić fotki. Tak było do tej pory przynajmniej. I znowuż to słowo.
Niestety. Tym razem dyrekcja parku zaskoczyła mnie kompletnie. Oznajmiam wszem i wobec. Zamek można zwiedzać! Tak jest. zrobiono
odpowiednie poręcze i barierki, Posprzątano, dodano ławeczki i... Kurcze zawsze na mnie to musi paść. Życie jest niesprawiedliwe.
Byłem sam na zamku do czasu, aż pewna rodzinka nie uciekła przed deszczem, który dosłownie lunął jak z cebra. Na szczęście drzewa, mimo że
mają młode liście, to jednak na tyle gęste że prawie nie spadła na mnie żadna kropla wody. A tu zdjęcia z zamku.
Zapomniałem dodać, że udostępnienie do zwiedzania ruin zamku jest wystarczającym powodem, by wybrać się na Trzy Korony.
Wszak to tylko jakieś pół godziny wspinaczki i już. I to jest właściwy powód, że będziemy mówić o Trzech Koronach. Nie ma co pokazywać drogi
bo niczego ciekawego nie było. Jedynie może ciekawie, a możne nie, wyglądała Polana Kosarzyska. No to jest na pierwszym zdjęciu. Dalej to
już jest tylko wchodzenie na sam szczyt po stalowej konstrukcji. No tak jak mówiłem. Byłem kompletnie sam. Mogłem patrzyć się do woli.
Mogłem rozkoszować się widokami, ile tylko chciałem i nikt mi nie przeszkadzał. Nie mówię tego jako snobek, lecz prawda taka, spora część ludzi
nie umie się zachowywać w obecności innych. Eee... Marudzę.
Wreszcie wracam. Musiałem robić to bardzo szybko, bo nadciągała taka wielka czarna chmura. A w oddali słychać było grzmoty.
Wprawdzie co pewien czas padało, lecz niezbyt intensywnie. Ja jak zawsze, zapomniałem kupić coś przeciwdeszczowego. Tak jakbym lubił iść
na żywioł. Ech... Na dodatek zapomniałem, że w plecaku taszczę jeden z podstawowych narzędzi od deszczu. Parasol. Kapnąłem się dopiero jak
w aucie wyciągałem wodę jabłkowo-wiśniową do popicia. Straszna susza panowała w gardziołku. Oj straszna plama. No ale nic to. Tu są zdjęcia
z drogi powrotnej. Oczywiście nie tej samej co poprzednio. Może ostatni odcinek to ta sama droga, ale innej nie było.
I tym sposobem zakończyliśmy tę wycieczkę. Już miałem napisać że niepotrzebną, lecz jak się tak zastanowić, to jednak
dowiadujemy się z niej, że jakieś zmiany nastąpiły w zamku. A zatem, można powiedzieć tak. Udany to był wypad. Troszeczkę nie
przygotowany byłem, ale co mi tam. Kolejna wycieczka w planach to zdobycie Turbacza. A może coś innego. Nie wiem. Zobaczymy.
No i zapomniałbym. Tak wyglądało Krościenko, gdy zmierzałem w kierunku parkingu. Ot wsio.
Tak. Tym razem koniec na dziś. Pozdrawiam serdecznie i zapraszam na górskie szlaki. Naprawdę warto.
Wasz SSP*.
* Skrobacz Stron Pospolitych
.