Zdobywamy Lubań
Zapowiadana pogoda na dziś,
( 25.04.2010 ), po ostatnich deszczach i bardzo zimnych nocach oraz dniach,
wywołała impuls do ruszenia się z miejsca. Lub jak tko woli, pójścia na jakiś spacerek. A że od dawna nosiło mnie na spacerek górskimi
szlakami, decyzję o wyprawie pojąłem szybko. Może to wydawać się głupie, lecz od pewnego czasu, mam nieustanną ochotę na takie własnie spacerowanie.
Zapewne to objawy postępującej starości.

Tak. Czas ma dziwny wpływ na człowieka. A po co sobie język...
Znaczy klawiaturę wycierał. Ma być pogodnie, ładnie i w ogóle. I wszystko było by pięknie, gdyby tylko to niewielkie zamglenie zanikło. Strasznie
minie wnerwia. No zacznijmy, bo do oglądania dużo obrazków przygotowałem. Tak jakoś wyszło. I nie zgańcie mnie za to, że sporo ujęć to las. Tak było
więc nie mam wyboru.
Do Krościenka, od którego zacznę i zakończę wędrowanie, przyjechałem dość wcześnie. Było gdzieś tak koło 8:30. Ponieważ wiedziałem
że mam do pokonania spory szmat drogi, (około. 20 km.), nie mogłem się zbytnio ociągać. Na początek, podreptałem poszukać czerwonego szlaku. To on
doprowadzi mnie na szczyt. Wszystko pięknie, ładnie, ale gdzie on jest? Okazuje się, że wiele znaków jest uszkodzonych, brak ich w ogóle, czy też
są nieczytelne. Po chwili poszukiwań, zapytałem jakąś panią, spotkaną na drodze, o wskazanie drogi. I dostałem wyczerpującą odpowiedź. Proszę
iść tutaj pod górę, potem przez amfiteatr, do takiej kępy drzew przy drodze asfaltowej, która to kończy się, a zaczyna zwykła, ziemna droga.
To jest właśnie czerwony szlak turystyczny. Mapa jednak pokazuje coś innego. Lecz nie wypada kwestionować znajomości dróg przez tutejszych
mieszkańców. Pani jeszcze na koniec pokiwała z niedowierzaniem głową, gdy zobaczyła w jakich butkach się wybieram. Stwierdziła że tam śnieg
i w ogóle straszne rzeczy mnie spotkają. Ja odpowiedziałem, że i tak tam pójdę i nic mnie nie powstrzyma. Więc podziękowałem i poszedłem. Wdrapywanie
się na stromiznę prowadzącą do amfiteatru, wywołało niepewność, czy aby dam radę? Kondycja po zimie, jakaś taka, że tak powiem, mizerna. Dodać
też muszę, że czytałem wprawdzie jeden opis trasy, na jakiejś stronie o górach. I nie powiem, że nie miałem tak zwanej, cykorii. Tak to opisali, że
strach się bać. Lecz jak to wielokrotnie na łamach tej strony "podróżniczo - wszelakiej" mówiłem, twardym trza być, a nie mietkiem... Mietkiem?
Raczej miętkiem... Eee... Miękkim. Nie wiem już sam. Straszą żeby ludzie nie chodzili, czy co? Nie jestem na szczęście, taki strachliwy. Wyruszyłem więc
we wskazanym kierunku. I faktycznie było tak, jak mówiła ta pani. Najpierw amfiteatr, a potem kawałek asfaltu.
 |
 |
Gdy już zobaczyłem wszystko co się dało, trzeba było wyruszyłem dalej, by wejść do lasu. A o strasznych ,stromych zboczach
o których to czytałem, można sobie pomarzyć. To mają być stromizny? Nie żartujcie sobie. To podejście to nieistotny epizod na naszej wspinaczce.
Ten, co opisywał tę trasę, to chyba nie wchodził na Trzy Korony przez przełęcz Szopka, zwaną też, Chwała Bogu. Dlaczego takie określenie?
Sami sprawdźcie w realu, to się przekonacie. Wracając do naszego wędrowania. Wchodzimy do niewielkiego lasu na zboczu.
Po krótkim czasie, wychodzimy na niewielką polankę, z której to, roztaczają się bardzo fajne widoczki. I trzeba nam wiedzieć,
że podobnych będzie jeszcze sporo. Więc się nie denerwujcie ciągłymi opisami wchodzenia do lasu. Tylko żeby ta "mglistość" jeszcze nie
przeszkadzała.
Po przejściu kilkudziesięciu metrów dalej, widoki ogólnie za bardzo to się nie zmieniają. Jedynie na krótko pojawia się naszym
oczom Krościenko. Ponieważ jednak spodobał mi się ten obraz, zamieszczam go tutaj bardzo chętnie.
I znowu droga prowadzi nas do lasu. Nie przejmujcie się takimi zdjęciami. Będzie ich jeszcze sporo. Nie można na
to nic poradzić. A pokazać wręcz muszę, bo tak chcą moi stali "oglądacze". Że nie wspomnę o sobie. Dobrze jest czasami przypomnieć sobie,
nasze stare wędrówki.
Troszeczkę tu przesadziłem. Bo pokazany powyżej obrazek, to zaledwie, że tak powiem, kępka drzew. A już za tym wzniesieniem,
dochodzimy do kolejnej polanki. Jak jest polanka, to wiadomo że będziemy oglądać jakieś krajobrazy. Tu na ten przykład zobaczymy to. Mam dziwne
wrażenie, że ja te góry znam.
Potem idziemy ponownie pod górę... He,he,he... A jak się idzie na szczyt, to można iść w dół? Dziwny jestem. Ale faktem jest,
że nasza wędrówka, właśnie taka będzie. Las, polana, jakieś miejsce widokowe. Ale tak to już jest w górach. Czy ja już o tym nie pisałem?
Ech. Wracajmy jednak do oglądania.
I ponownie opuszczamy miejsce, z którego mogliśmy nasycić, naszą niepohamowaną chęć oglądania ładnych obrazów. Opuszczać
będziemy, takim oto podejściem. Mając nadzieję, na jeszcze lepsze widoki. No to idziemy.
Na kolejnej napotkanej polance, od razu rzucał się w oczy obraz Tatr. Niestety zamglenie tego dnia, nie dawało możliwości
do zrobienia dobrych zdjęć. Starałem się bardzo. A to, co udało mi się zrobić, widać na poniższych fotkach.
Musiała jednak nastąpić ta chwila, by opuścić polanę. Za to czeka nas długa przeprawa przez las. Teraz coś o zwierzynie.
Zauważyłem ogromną ilość wszelakich jaszczurek. Muszę się poduczyć na ich temat. Zdjęcia ich mogą być bardzo ciekawe. Węży natomiast
nie spotkałem. Ale wszelakich motyli, Pokaźna ilość. No i nie trzeba mówić o ptakach, które na każdym kroku dawały swe "koncerty".
Szło się wręcz komfortowo. Tym bardziej, że pochylenie terenu prawie zerowe. Tylko czasami, ledwie pod górę. Tak mniej więcej wyglądała droga.
Na pierwszym zdjęciu, polana z której robiłem poprzednie zdjęcia.
Znowu wychodzimy na... Ja bym to nazwał polanka. Ale właściwie, to taki obszar bez drzew zasłaniających nam widoki.
Jak się odpowiednio ustawić między drzewami, można zrobić całkiem niezłe zdjęcia. Na pierwszym widać Tylmanową i koryto Dunajca.
Następnie Tatry i okolice Jaworzynki. No i oczywiście Najbardziej charakterystyczne i najbardziej znane Trzy Korony wraz z Nową Górą.
Kolejny raz wchodzimy do lasu. Tym razem na dłużej. Ciekawe jak to wygląda w pełni lata. Teraz jeszcze jest możliwość zobaczenia
czegokolwiek pomiędzy drzewami. Jak będzie taka możliwość, na pewno to sprawdzę. Na pierwszym zdjęciu ponownie miejsce z którego to
robiłem poprzednie zdjęcia. A ostatnie to jeden z widoków napotkanych po drodze. Ot taka kolejność.
Skoro czytacie ten tekst, oznacza to że... Działa wam jeszcze przeglądarka, lub faktycznie chce się wam jeszcze to czytać.
Bo znowu dochodzimy do miejsca, z którego niewiele widać. Latało za to bardzo wiele motyli, a ja nieco "nauczyłem" się jak je "podchodzić",
więc w formie przerywnika, jedno z udanych "polowań". A za chwilę, wyruszymy w dalszą drogę. A to dopiero niewielki fragment całości.
Tak wiem. Znowu idziemy do lasu. Po przejściu kilkuset metrów, znowu wychodzimy na jakąś polankę. Ano, w rzeczy samej. Tym
razem, jednak zwrócę uwagę na wysokość. Już po okolicznych wzniesieniach, widać że przekroczyliśmy pułap najbardziej znanej góry Pienin.
I faktycznie tak się stało, bo jesteśmy tuż za polaną Skapiarka-Mała.
Wiem, wiem. Nudne to, lecz innego wyjścia nie mam. Poproszono mnie, bym opisywał w miarę dokładnie to, co na drodze
może nas spotkać. Nie wiem po co to komu, ale spełniam prośby czytelników. A że akurat znowu wchodzimy do lasu, muszę go pokazać.

Tak więc uwaga, uwaga. Ogłaszam wszem i wobec, że w tym momencie wchodzimy do lasu.
Tym razem będąc już w lesie, natrafiamy na takie oto rozwidlenie drug. Mapy nie podają żadnych szczegółów, a na drzewach nie
ma odpowiednio oznakowanego szlaku. Po chwili stwierdziłem, że skro udaję się na szczyt, to prawidłowa droga prowadzi pod górę. Skręciłem
w prawo. Ależ to podejście strome. No i takie było. Człowiek szedł, sapał, szedł, sap... Aż wreszcie, nareszcie jest! Czyżby to koniec?
Dotarłem? Nareszcie odpocznę.
Jakież było moje zdumienie, że to jeszcze nie szczyt. Jedynie jeden ze znajdujących się na uboczu "szczycików". Nawiasem mówiąc,
jest on tylko nieznacznie niższy od naszego bohatera. Zresztą dopiero po chwili, zauważyłem stosowne drogowskazy przybite do drzewa. Nawet
próbowałem zrobić z tego miejsca jakieś zdjęcia, lecz wszędobylskie drzewa zasłaniały mi widoki.
Ruszyłem w drogę. No i dziwna sprawa. Bo zamiast pod górę, idzie się w dół. Musi tak być, bo oznakowanie jednoznacznie mówi
o drodze. Dopiero rzut oka na mapę, oraz wspomniany już fakt, że poprzednie miejsce i szczyt, mają praktycznie tę samą wysokość, uzmysłowił
mi, że nie może być inaczej. Gdybyśmy się wspinali do góry, to szczyt byłby gdzie indziej. No ale z całego tego dotychczasowego wędrowania,
zaczyna się coś wyłaniać. Czyżby to był szczyt?

A więc jesteśmy na szczycie, po prawie 3 godzinach wędrowania. Pierwsze wrażenie było pozytywne. Dlatego że nigdy tu nie byłem.
A wiadomo, że jak widzi się coś pierwszy raz, to dana rzecz wygląda... Powiedzmy ciekawie. Po chwilowym zauroczeniu, następuje chłodna ocena.
Każdy oczekuje, że na szczycie znajdzie się miejsce, z którego mógłby obserwować wszystko dookoła. Zapoznać się z terenem, podziwiać piękno
przyrody. Niestety. Praktycznie nie ma tu takiego miejsca. Wszystko zasłaniają czubki drzew. A szkoda, bo to co było widać w tej zamglonej
panoramie, tylko niepotrzebnie rozbudzało wyobraźnię, podpowiadającą nam co by było, gdyby. No nic. Zrobiłem kilka fotek, posiedziałem tu,
zjadłem batonika który zawsze wożę ze sobą. To już taka tradycja. Posiedziałem z pół godziny, opaliłem sobie twarz... Ogólnie mówiąc.
Zrelaksowałem się. I pomyśleć, że rok temu robiłem
zdjęcia
temu wzniesieniu, będąc na Trzech Koronach, po bardzo wielu latach. Ech ta nostalgia. Pooglądajmy sobie. A ja z wami też to zrobię.
Jak zawsze w takich chwilach, przychodzi ten czas, by opuścić to miejsce. Tak więc, ostatnie spojrzenie tego dnia
w kierunku Zbiornika Czorsztyńskiego i bardzo stromym zejściem, podążamy w kierunku Grywałdu. Muszę przyznać, że zejście było bardzo trudne.
Jest bardzo strome i bardzo śliskie. Do tego luźne kamienie, powodują niejednokrotne bolesne skręcenia stopy. Czego doświadczyłem sam.
Naprawdę trzeba było uważać. Ażeby dopełnić goryczy tego schodzenia, na jednym z kamieni, uszkodziłem prawy but. Następstwem tego było to,
że kawałek podeszwy bardzo mocno uwierał mnie w piętę. Co powodowało czasami ból i spory dyskomfort chodzenia. A mnie jeszcze do przejścia
pozostało jakieś 9 kilometrów. Co tam będę opisywał. Do Grywałdu szło się cały czas lasem, więc nie robiłem za wielu zdjęć. Zebrałem tu
tylko te warte pokazania.
Wreszcie po grubo ponad 2 godzinach wędrówki lasem, po kamieniach i miejscami wielkim błotem, wychodzimy z lasu na pola
położone tuż przy Grywałdzie. Stopie mocno się oberwało, a próba poprawienia tego stanu rzeczy, spełzła na niczym. Co tu dużo mówić.
Na błędach się uczymy. Otóż oznajmiam, że do takich podróży, niezbędnym wręcz narzędziem, które musi znaleźć się
w plecaku jest nóż. Oj gdybym miał to narzędzie, nie musiał bym znosić tych tortur do samego Krościenka. Na ten czas zobaczmy co pokazało
się mym oczętom, gdy wyszedłem z tego ogromnego lasu.
Dotarłem do Grywałdu i poszedłem na przystanek autobusowy. Chciałem do Krościenka dojechać autobusem. Miałem jednak pecha.
Autobus odjechał dosłownie pół godziny wcześniej. Gdybym się tak nie guzdrał, nie zatrzymywał przy kapliczkach i innych obiektach przydrożnych,
to bym zdążył. Westchnąłem tylko i poszedłem dalej. Jednak pięta mocno dawała się we znaki. Wprawdzie do parkingu zostało tylko jakieś
4 kilometry, to jednak prawie nie dało się iść. W pewnym momencie dostrzegłem obok nowego kościoła, starą, drewnianą budowlę.
Dookoła fajny kamienny murek i dużo drzew dających cień. Tu się zatrzymam i coś zrobię z tym butem.
Tu muszę powiedzieć, że plastikowe karty rozdawane na stacjach paliw, służące do zbierania punktów za zakupy, doskonale
zdały egzamin jako podkładki w butach. Należy tylko zwrócić uwagę na przetłoczenia znajdujące się na karcie. Przetłoczeniem do dołu dajemy.
Nie zrobiłem tego i szybko musiałem weryfikować moje pomysły. Ale coby nie mówić, karta zdała egzamin, jako ochraniacz w stu procentach.
Dalsza droga pomimo urazu, nie była już męką. A droga ta, to "piękny" trakt asfaltowy. Cóż można powiedzieć, gdy idzie się drogą asfaltową?
Żadna to przyjemność.
Kiedy dotarłem do Krościenka, to wiadomo. Tradycji musiało stać się zadość. Udałem się na tutejszego lodzika. Znaczy, zakupić
loda na wagę. Ten rytuał, jest stałym elementem gdy tu jestem. Problem jednak pojawił się w momencie, gdy chciałem wstać z ławeczki na której
nieco wcześniej posadziłem swe kości. To co się działo w kościach to opowiadać by, że ho,ho... Mamo! Teraz wiem co to znaczy mieć kości.
A już szczególnie, stare kości.

Nie ma co jednak narzekać. Jeszcze mnie noszą, to trzeba się z tego cieszyć.
Ostanie liźnięcia lodzika, dokonywałem już na przystani flisackiej. Oj jak się tu wszystko zmienia. Nowe budynki, nowe mosty, ścieżki...
Żeby tylko nie przesadzili z tymi "cukierkami". Już to mówiłem i powtórzę. Nie lubię jak popularne miejsca, robią się takie wypięknione
i w ogóle... Ech...
Tak to praktycznie zakończyłem tę wędrówkę. Na koniec opuszczając Krościenko, zrobiłem takie ostatnie zdjęcia.
W ten oto sposób, zakończyłem całodzienne wędrowanie. Nie było łatwo. Szczególnie od momentu gdy uszkodziłem but. Ostatecznie
dałem radę dokończyć wędrówkę tak, jak zaplanowałem to wcześniej. Oczywiście nauka nie pójdzie w las, jak to już mówiłem. Kilka przedmiotów
na pewno zabiorę ze sobą. Chciałem jakoś tak, odlotowo zakończyć, lecz doznałem pustki myślowej i nie wiem co powiedzieć. Na pewno warto było
wybrać się na tę wyprawę. Szkoda że zamglenie przeszkadzało rozkoszować się pięknymi widokami. Zapewne kiedyś to powtórzę, lecz teraz
szykuję się do nowej wyprawy, której nigdy nie udało mi się zrealizować. Dlatego zamiast bazgrać na ekranie, powiem stare moje motto. Ludzie!
Ruszajcie się, bo skończycie jak ja.
I to byłoby na tyle. Zapraszam na szlaki. nawet te malutkie. Warto. Co doceniam ja.
Wasz SSP.
.