W smutnym czasie,
pierwsza tegoroczna wyprawa rowerowa.


Dziwny to tytuł. Prawda? Zapewniam jednak, że adekwatna do tejże chwili. Otóż, powiedziałem kiedyś, iż nigdy nie będzie tu niczego co związane jest z polityką. No i muszę nieco nagiąć te słowa. Wszystko za sprawą, katastrofy lotniczej, która zdarzyła się w poprzednią sobotę czyli 10.04.2010. W tejże katastrofie zginęli, prezydent RP Lech Kaczyński, jego małżonka i wielu, wielu innych mniej lub bardziej znanych ludzi. Znaleźli się na liście ofiar, także ludzie związani z Tarnowem. W związku z tym, ogłoszono tygodniową żałobę narodową. A dzisiaj, w niedzielę, ( 18.04.2010 ), odbywały się uroczystości pogrzebowe prezydenta i jego małżonki. Jednak jakoś nie mogłem wysiedzieć w domu. Może to efekt długiego okresu żałoby, albo inne czynniki. Nie wiem. Strasznie dziwnie się czułem. Postanowiłem po swojemu podejść do tematu żałoby i pojechałem rowerem pod pomnik, upamiętniający miejsce gdzie podczas wojny, hitlerowcy rozstrzeliwani ludzi. W miejscu do którego podążam, zginęła też znana osoba. Helena Marusarz. No nie wiem. Tak po prostu przyszedł mi do głowy taki pomysł. No dobra. Zakończmy to wspominanie, bo popadniemy w dziwny nastrój, a ja się rozgadam na tematy polityczne.
Jak zawsze, na początek moich wiosennych wypraw rowerowych, postanowiłem pojechać do bardzo dobrze znanego nam miejsca. Zresztą, zawsze je pokazuję. Miejce to, to oczywiście las w Lipiu. A podążając do niego, trudno jest nie zauważyć, szybko rosnącej nam nowej galerii. Nie wiem po co nam następna, jak ludzie zaczynają uciekać od tych miejsc. Co mnie to zresztą obchodzi. Budują, ja pokazuję. I na dzień dzisiejszy wygląda to mniej więcej tak. jak poniższe fotki stanowią. Myślę że to wystarczy.

Jadąc dalej i obserwując skrzyżowanie, które normalnie otakiej porze jest bardzo ruchliwym miejscem, można spokojnie zauważyć, brak ruchu. No tak. W TV trwa transmisja z uroczystości pożegnania prezydenta w Warszawie. Podjąłem jednak decyzję, że jadę dalej. Dalej to wzniesienie tuż przy wjeździe do miasta przy ulicy Nowodąbrowskiej. Śledząc to, co pokazywałem w poprzednich latach z tych miejsc, można zobaczyć jak powstawała galeria, oraz panoramę miasta od północy.

Napatrzyłem się i popedałowałem dalej. Mijając puste parkingi supermarketów na Błoniach, dostrzegłem taki widok jak poniżej. Ciekawe czy zgadniecie, jakie miejsce* pokazuje ta fotka. Druga, to tylko powiększenie pierwszego. Oczywiście nagród nie będzie, bo to bardzo proste jest. Wszystko co potrzebne, już powiedziałem.

Następnie dotarłem do zwężenia Al. Jana Pawła II. Pokazuję to miejsce, bo niedługo będzie przebudowane, w związku z budową w pobliżu autostrady. No właśnie. Teraz przypomniało mi się, że trzeba pojechać obfocić rezerwat "Debrza". Kawałek tegoż rezerwatu zniknie przy tej budowie. Niech przynajmniej zostanie coś dla potomnych.

Cóż można dalej pisać. Wjechałem do Lipia, od razu wpadłem też w szał focenia. Późno bo późno, lecz wiosna intensywnie powoduje rozkwit listowia i kwiecia na drzewach. A ja niestety, łasy jestem na takie widoki. No i ta zieleń młodego listowia... Ech... Tu prezentuję te obrazy, które wydają mi się warte pokazania. Oj żeby zrobiło się już ciepło, aby patrzeć na tę powstającą, młodą zieleń. A tu zimno, jak nie powiem co.

W dalszą drogę pojechałem asfaltową alejką która prowadzi do Woli Rzędzińskiej. I to właśnie tu na tej drodze przyszedł mi pomysł, aby jeśli tak się nadarzy, pokazać wszystkie turystyczne scieżki rowerowe, które to występują na okolicznych terenach. Aby to miało jakiś sens, zaopatrzyłem się juz w odpowiedni przewodnik. Dobrze. Ale czas pokazać coś z Woli.

Następnie, trzymając się żółtego szlaku rowerowego, po przeechaniu przez tory kolejowe i odbiciu w kierunku Podgórskiej Woli dojechałem do końca asfaltu. Teraz to dopiero zaczęła się droga dla prawdziwych jeźdźców. Znaczy się, teren dla upartych.

I w tym szale oglądania i focenia, "popylam" sobie ze sporą prędkością, niestety nie wiem z jaką, bo licznik wyzerował się i przestawił na mile. Ale sądząc po "śmigających" drzewach, tak gdzieś, no granicy, będzie ze 20km/h, śmiech na sali! , wpadam znowu w las i... O mały włos, a byłbym się utopił w tym bajorku. Nie było go jak ominąć. Wreszcie stwierdziłem, że do odważnych świat należy i... Upapranych w błocie posiadaczy rowerów.

Tak jest. Przejechałem zwyczajnie przez nie. Może nie najlepiej rower wyglądał oraz moje plecy, ale jak już mówiłem. Do odważnych... Dosłownie 200 metrów dalej trafiłem na miejsce gdzie "quadowcy" zrobili sobie tor. Skąd wiem że to quady. Po śladach na piasku. Postanowiłem sam tu poszaleć. Częściowo to się udało. Częściowo, bo wjechać się nie dało, ale zjechać z góry w kilku miejscach bez problemu. A wszystko dlatego, że piasek mocno nasączony był wodą.

Wreszcie dojechałem do miejsca w którym przepływa jakiś strumień. Nie wiem i nie mogę się dowiedzieć jak się nazywa. Lecz to nie jest ważne. Po wygłupach w lesie, piach w łańcuchu tak zgrzytał, że poważnie zastanawiałem się nad zakończeniem tej podróży w jak najszybszym tempie. Po namyśle stwierdziłem że nie ma sensu. Łańcuch i tak jest do wymiany, to czym się przejmować. Zatem popatrzmy na miejsce.

Jakieś 300 metrów dalej, zatrzymałem się na rozstaju drug. Może tego na poniższym zdjęciu nie widać, gdyż jest to widok drogi którą właśnie przyjechałem, ale tu droga rozchodzi się na jeszcze trzy kierunki, a znaków nie ma nigdzie. Oczywiście jak wiadomo, jestem gapą, więc oczywiście pojechałem nie tą co trzeba. Wpadłem w jeszcze większe błoto. zawróciłem i pojechałem nieco błotnistą, lecz przejezdna drogą. Rower wyglądał fatalnie.

I z takim okropnie zabłoconym rowerem w pewnym momencie wyjechałem w miejscowości Średziny. Według mapy tu gdzieś powinien być szczyt wzniesienia który nazywa się Sztorcowa Góra. Szukałem tego "szczytu" wystarczająco długo by... Dojść do wniosku, że to prawdopodobnie jest to, co pokazuje na drugiej fotce. ALe jeszcze raz to sprawdzę innym razem.

No wiem że przesadzam. Ten szczyt, wznosi się 260m nad poziom morza, więc jest dość wysoki. ... No dobra. nabijam się. Ale też właśnie w tych okolicach pogubiłem się. Szlak żółty wiedzie gdzieś. Nie wiem bo nie pamiętam co na tablicy pisało. Ja chcę jechać do Ładnej, a wszystkie drogi asfaltowe, bo dość miałem już błota, prowadzą nie tam gdzie chcę. Zatem popatrzyłem na mapę, no i postanowiłem pojechać pieszym szlakiem czerwonym. Początkowo droga prowadzi pięknym lasem. By po chwili wyjechać w takim fajnym miejscu gdzie jest jakaś mała zagroda końska. Nie napiszę że stadnina, bo to przesada. Nawet droga normalnie przejezdna się znalazła, lecz prowadziła nie tam gdzie chciałem. Zatem kontynuując dalszą jazdę, trafiłem na moczary. Rower grzązł, a ja miałem w bucikach pełno wody. No fajowo było.

Nie pokazywałem tego wszystkiego, no bo to mało ciekawe jest. Zresztą te "moczary" nie były aż takie wielkie. Ot kilka oczek. Niemniej jednak trzeba było przez nie przejść. Innej możliwości nie było. Potem droga była w miarę utwardzona. Po kilku chwilach dotarłem na pobliski zajazd. Tam zjadłem wstrętną zapiekankę z zamrażalnika. Posłuchałem z głośnika fragmentu kończących się uroczystości w Warszawie, by pojechać zgodnie z zamierzeniem do Skrzyszowa, potem do lasu Kruk i przez ruiny zamku Tarnowcu zakończyć tę wycieczkę. Postanowienie, postanowieniem, lecz celem był pomnik.

Oczywiście nie jest to miejsce kaźni tylko Heleny Marusarz. Wszystko widać na drugim zdjęciu wyżej. Trzeba się zadumać. Nie wiadomo kto jeszcze zginął. Ale jest wśród wymienionych, Maria Sermak. Miała 17 lat jak ją zastrzelono. Wiem że byli i młodsi. Ale w tym przynajmniej miejscu, warto o tym wspomnieć. No cóż. Żeby nie popaść w paskudny nastrój, pojechałem dalej w kierunku Skrzyszowa. Ale najpierw trzeba było pokonać ulicę. Właściwie to gdyby nie postawa pewnego kierowcy z tablicami Dębickimi, który hamował przed przejściem to pewnie bym tam jeszcze do tej pory sterczał. A tu to przejście.

Dalszej drogi to nawet nie ma co opisywać. Jeśli powiem że fatalna, to i tak jest to bardzo łagodne określenie. Kompletny brak oznaczeń. Że już o błocie nie wspomnę. To po którym do tej pory przejechałem, można spokojnie nazwać, kałużą. Na trasie pieszej takie przeszkody? Kogoś chyba pokręciło. Zły byłem na siebie że tędy pojechałem. Ale cóż było robić. Odwrotu nie było. A co. Miałem jeszcze raz po tym bajorze jechać? O nie! Jedynie gdy zbliżałem się do miejsca zwanego Jaźwiny, zrobiłem fotkę na północ w stronę widocznej drogi nr. 4.

No i wreszcie wyjechałem na asfalt. Tu nieco oczyściłem rower z błota i pojechałem w kierunku Skrzyszowa. Błoto zasychając powoli odpadało z kół i ramy. To z koła, co chwilę lądowało na moich plecach albo nogawkach spodni. No istna masakra. Poniższe zdjęcia to droga prowadząca ze wspomnianych już Jaźwin do drogi Skrzyszów, Łęki Górne.

Gdy już jechałem w kierunku skrzyżowania znajdującego się na granicy Ładnej i Skrzyszowa, bardzo ładnie było widać naszą ukochaną górkę. Znaczy się Marcinkę. No i oczywiście nadajnik w Zabawie. Zrobiłem więc stop. Trzasnąłem fotkę. No i udałem się w kierunku Szkrzyszowa.

Jak się potem okazało, była to ostatnia fotka tego dnia. Otóż będąc już koło straży w Skrzyszowie, miałem zamiar skręcić do lasu Kruk, gdy nagle uświadomiłem sobie, że przecież czeka mnie mordercza wspinaczka pod nadajnik w Zabawie. A jeżeli w lesie będzie takie błoto z jakim miałem juz do czynienia to... O nie! Nie ma takiego mądrego co by mnie przekonał do tego czynu. Pojechałem dalej asfaltem na stację paliw, by umyć na myjce ręcznej mój piękny pojazd rowerowy. I tym optymistycznym akcentem, zakończyłem pierwszy wyjazd w tym roku. Nie muszę dodawać że gdybym pojechał jak planowałem to by mi chyba nogi odpadły. na pierwszy raz po zimie nie wolno się tak forsować, bo to nie zdrowo. Ale co ja tam o zdrowiu. Przyjechałem do domu i nadal w podłym nastroju oglądałem uroczystości pochówku prezydenta Lecha Kaczyńskiego i jego małżonki Marii, w krypcie na Wawelu. Ech... Co będę pisał.




Ps. Wiem że w tekście tym jest wiele chaosu. Lecz nie mogłem się skupić. Kiedyś to poprawię.


Pozdrawiam serdecznie wszystkich czytających.
Wasz SSP




* - Miejscowość ta to LISIA GÓRA




.