Idziemy przez miasto


W ostatnich czasach, jak wszystkim wiadomo, nasz kochany kraj, nawiedził... No dla niektórych, istny kataklizm. Dla innych, ot zwyczajnie nieco bardziej śnieżna zima, z dość dużymi mrozami. Dlaczego to piszę? Ano dlatego, że ostatnich takich opadów śniegu, nie pamiętam. Nawet czytając zamieszczone tu wycieczki, widać wyraźnie że bardzo zimno było w 2006 roku, lecz mało śniegu. Zimy jako takiej juz nie było w latach 2007/2008, 2008/2009, no i praktycznie w 2009. Lecz jak w styczniu zaczęło sypać śniegiem, a do tego pojawił się mróz dochodzący do -20°C, to już normalnie klęska żywiołowa. Teraz nawet już płaczą, jakie to straszliwe koszty są. Ech... Szkoda gadać. Ale nie o tym mamy gadać. Otóż dawno nic nie pisałem, więc chciałem pokazać Tarnów zimą. Wszystko byłoby pięknie ładnie, gdyby nie problem. Otóż przy próbie odkopania auta na parkingu, w prawym bucie zrobiło sie nagle mokro. Udawszy się do domu i sprawdziwszy organoleptycznie bucika, stwierdziłem że mokro, robiło sie za sprawą wielkiej dziury w podeszwie. Tak, nie zdawałem sobie sprawy, że rok temu, kiedy stało się podobnie, ( tu o tym pisałem ), dokonałem zakupu Chińskiego dziadostwa. Czy trzeba coś dodawać. Dzisiaj mamy 14.02.2010, a tamten opis jest... Sprawdźcie datę. Podczas badania obuwia, uszkodziłem też drugi but. Ponieważ była to sobota wieczorem, o kupnie jakiegokolwiek obuwia nie było mowy. Znalazłem za to tubkę z klejem i zwyczajnie zalałem podeszwy tymże. Nie dość że podczas schnięcia śmierdziało jak nie wiem co, to jeszcze z przerażeniem stwierdziłem, ze nasz klej BUTAPREN, rozpuszcza gumę, czy inne dziadostwo, z którego była wykonana podeszwa. Na szczęście kaloryfery grzały mocno, więc buty wyschły szybko. Rano w niedzielę, poszedłem szybciorem na zakupy. Na targu, popularnie zwanym u nas „kapłanówka”, dokonałem zakupu obuwia Made in Poland. Tak, tak. Polskie buty ze skóry. I do tego z porządnymi, grubymi, gumowymi podeszwami. Pan który mi je sprzedał, bardzo zachwalał. Przyznam że bardzo wygodne, ale... No może coś o wycieczce. Postanowiłem pokazać Tarnów „tonący” w śniegu. A spieszyć się trzeba było, gdyż synoptycy przepowiadali rychłe ocieplenie. I tak spacerek rozpoczniemy od ul. Bóżnic. Na razie w nowych butkach, idzie się rewelacyjnie.

Jak widać, trudno się chodziło. Najgorszy był lód zalegający pod śniegiem. Czas jednak udać się do najbardziej znanego zakątka miasta, czyli na Rynek. Bardzo ładnie wyglądał w tym śniegu. Wcześniej musimy jednak przejść ul. Wałową.

Miałem iść ul. Krakowską do dworca PKP, lecz tu zrezygnowałem z tej koncepcji, na rzecz pokazania Marcinki. Tak wiem że często ją pokazuję, lecz nic nie poradzę na to. Jak juz kiedyś pisałem, Miejsca się zmieniają. A ja to chcę pokazywać. Dlatego będzie jej dużo. Poszedłem więc ul. Wielkie Schody w kierunku ul Najświętszej Marii Panny.

Tu zrobiłem kilka fotek. Po kolei są to: Wątok i Nadbrzeżna Górna, kościółek przy "Burku", i sama ulica Panny Marii.

Postanowiłem też przejść przez Stary Cmentarz, zamiast ulicą Tuchowską. Nie do końca był to przemyślny wybór. Bo o ile Tuchowska była nieco wydeptana, o tyle droga przez cmentarz, to była walka z zaspami. Ale tu okazało się, że buty nowe, nierozchodzone, mogą spowodować że osiągnięcie celu będzie niemożliwe. Lewy zaczął mocno obcierać, no i z komfortowego chodzenia pozostały tylko wspomnienia. Tak tego dnia wyglądało to gdy patrzymy na północ, czyli w kierunku ul. Narutowicza.

Po wyjściu z cmentarza, miałem zamiar pójść ul. Zamkową, lecz ostatecznie wybrałem drogę Al. Tarnowskich. Jakby trzeba było się wracać, to łatwiej będzie do domu dotrzeć ul. Dąbrowskiego. Poniżej skrzyżowanie, ul. Tuchowskiej z Al. Stanisława Ziaji. A także fragment samej alei.

Gdy tu dotarłem, czyli dotarłem do drogi prowadzącej na Marcinkę, but już dobrze dawał się we znaki. Stwierdziłem że dojdę, zrobię zdjęcia i zamówię taxi. Ale po namyśle stwierdziłem, że największą głupotą jest zbytnia ufność. Cóż było robić. Zdjęcie i do domu. Tak też zrobiłem.

Wracając, wstąpiłem do pobliskiego marketu, gdzie zaopatrzyłem sie w kawałek tektury. Ten niewielki kawałek papieru pozwolił mi na chodzenie w ogóle. Noga , a właściwie pięta tyła jedna raną. Udałem się jeszcze tylko na obiad do "restauranta" Secesja na stacji paliw przy ul. Mostowej, po czym przez nowy most na Wątoku podreptałem w kierunku plant przy ul. Lwowskiej.

No a planty też nieźle zasypało. Dawno takich zasp to nie widziałem.

No i żeby zakończyć to jakoś, wypada powiedzieć, że jak ktoś ma pecha to... Zawsze na mnie musi trafić. Złośliwość natury martwej jest powalająca czasami. Niemniej jednak, nie siedziałem w domu, a ruszałem się. No bo na ten nowy rok trzeba jakoś przygotować sie kondycyjnie, bo plany podróżnicze są napięte jak nie powiem co. Mam nadzieję że większość uda mi się zrealizować. Tą wycieczka, do udanych nie należała. Szkoda, bo takiego śniegu to juz zapewne nie uświadczymy. Idzie ocieplenie i nic nie zapowiada ponownych opadów. A naprawdę chciałem pokazać efekty pracy natury. No cóż nie wszystko musi się udawać.


Dziękuję za wspólne wędrowanie.



Zmęczony SSP.




.