Pieniny zimą.


Jestem wkurzony. Strasznie wkurzony, gdy sobie przypomnę opisywaną tu wycieczkę zimową. ( 17.01.2010 ). Wszystko za sprawą... A nie powiem tego teraz. Niech wyjdzie z samej relacji. Jak było widać w temacie, będzie o Pieninach. I zapewne zastanawiacie się też, co też on się uparł na te Pieniny i jego najsławniejszy szczyt. Nie uparłem się, a jedynie stwierdzam fakt, iż lepiej chodzić nawet po tych samych ścieżkach, niż siedzieć w domu, z nosem "przyklejonym" do TV. Ponadto, zawsze będą to nowe obrazy i zdarzenia. I tak to co tu prezentuję, nie przedstawia wszystkich wypadów i wycieczek. Coś "tylko dla mnie", musi zostać. A zresztą. Koniec ględzenia. Pokazuję i już. Idźmy dalej. Jak zawsze rozgadałem się, a tu trzeba powiedzieć o samej wycieczce. I jak najbardziej wyjaśnić "wkurzenie". Nawet teraz, gdy piszę te słowa, nie mogę usiedzieć na stołku. A więc, jest sobota. Siedzę sobie przy ustrojstwie, które nie wiadomo dlaczego, nazywano komputer. Siedzę i patrzę w ekran jak małpa na malowany kit. No i pustka w łepetynie. To nie była nuda. To była pustka myślowa i w ogóle jakoś tak... No pustka. Co będę tłumaczył. Wiadomo o co chodzi. W pewnym momencie, przez przypadek, otwarłem właśnie tę swoją stronę i... Zauważyłem że najmniej wpisów, zawsze jest na jesień i w zimie. Zastanawiając się nad przyczynami tego stanu, przypomniał mi się artykuł o jesienno-zimowej depresji. Wszystko pięknie i ładnie, ale ja nie mam depresji związanej z porą roku! Więc co się dzieje? To proste. Nazywa się to zwyczajnie, "lenistwo". Nie inaczej. Na zewnątrz zimno, ślisko, zaspy śnieżne, że o szalejących grypach nie wspomnę. A w domku cieplutko, telewizorek, łóżeczko, herbatka i jakoś tak fajnie jest. Po krótkim namyśle, doszedłem do wniosku, że tak nie może być. Muszę zmienić swoje nawyki. Dodatkowy ruch, wpłynie zapewne pozytywnie na mą zimową kondycję. Pomimo pustki, jakieś myśli jednak plątały się pod czachą. I tak myślałem, myślałem, aż wymyśliłem. Jeszcze nigdy nie pokazywałem czterech pór roku, w górach. A ponieważ ostatnimi czasy, sporo życia poświęciłem na górskie wędrówki, postanowiłem pokazać je wszystkie. Na wiosnę już tam byłem. Najpierw odwiedzając ruiny zamku, czy też jadąc tam ponownie nieco bardziej przygotowany. Latem, znowu przeszedłem zielonym szlakiem. Tak więc pozostała do pokazania jesień i zima. Jesień zeszłego roku, to była jakaś porażka. Zima zaś, jak złapała w grudniu, tak trzyma i nie daje za wygraną. Decyzja została podjęta szybko. Jedziemy zdobywać zimą, szczyt Trzy Korony. A droga do celu, różami usłana nie była. Tym razem, było kilka niespodzianek. Na początek, zatrzymałem się na pewnej stacji paliw koło Nowego Sącza, by kupić sobie chociaż jakiś sok lub wodę. Bo na przygotowania w sobotę nie było czasu. Kupiłem co trzeba, wsiadam do auta, chcę zapalić silnik i... Jedynym dźwiękiem, jaki wydobył się z mej szalonej maszyny, był jęk rozrusznika. Światełka na desce zgasły i koniec. Co jest? Czyżby problemy? A więc, będzie to wycieczka z przygodami. Poczekałem jeszcze chwilę, przekręcam kluczyk, światełka się zapaliły. No to nie jest źle. Przekręcam dalej klucz i... Znowu jęk zawodu i nic. Ok. Nie jest źle. Jest niedobrze. Eee... Co ja gadam! Padł akumulator. Teraz! Nie mógł na ten przykład, wczoraj? Już rozglądałem się za kimś, żeby pożyczył trochę prądu ze swojego pojazdu, lecz nikogo akurat nie było. Siedzę więc w aucie, tak od niechcenia przekręciłem klucz w stacyjce, a silnik jęknął i zapalił. No to miałem szczęście. Ale też i dylemat. Co zrobić. Wracać. Czy też liczyć na jakąś pomocną dłoń. Pewnie w Sromowcach jest pełno turystów. No bo to zima, ferie i w ogóle. Pojechałem więc dalej, z nadzieją, że w razie czego to... Po drodze oczywiście zobaczyłem Tatry. Więc ze stałego miejsca, zrobiłem pierwsze foty. Auta nie gasiłem.

Dobrze że zobaczyłem te widoki, to nieco zapomniałem o całej "nerwowości". Pojechałem więc do miejscowości wielokrotnie wspominanej, czyli Sromowce Niżne. Jadę, jadę i z przerażeniem stwierdzam, że jedynym przyjezdnym wycieczkowiczem, jestem właśnie ja. Kompletnie nikogo nie było. Parkingi puste. Zacząłem szukać jakiegoś wzniesienia, żeby jakby co, zepchnąć auto by zapalić. Podjechałem pod jedno zauważone. Nie powiem gdzie, bo tam nie wolno parkować, ale co miałem zrobić. Zgasiłem silnik, no i nie miałem odwagi spróbować, czy uda się go zapalić. A niech się dzieje co chce. Poszedłem na szlak. Postanowiłem przejść górę dookoła. Czyli zielonym szlakiem na Trzy Korony, a zejście nastąpi żółtym szlakiem. Na początek miejsce do którego zdążam.

Tak, tak. Ładnie się wszystko zapowiadało. Tym bardziej, że jak się odwrócić, to można było zobaczyć też piękne widoki. Może taka pogoda utrzyma się, gdy wejdę na szczyt. A może jeszcze się bardziej wypogodzi? Kto to może wiedzieć.

Fajnie było sobie patrzeć na to wszystko, lecz niestety trzeba iść dalej. Czas goni nieubłaganie. A dalej nie było łatwo. Śnieg, miejscami oblodzone podłoże, sprawiały spore utrudnienia. Naprawdę trzeba było uważać. Chociaż, nie był to szczyt utrudnień. Jednym słowem. Ciężko było, ale i tak wędrowanie sprawiało frajdę. No i nie muszę dodawać, o pustkach na szlaku. Kompletna cisza.

W pewnym momencie świetnie było widać Sokolicę. To oczywiście za sprawą braku listowia na drzewach. Te zawsze utrudniały możliwości pooglądania sobie widoczków. Gdzieś w połowie drogi, natrafiamy na bardzo wąskie i strome przejście po skałach. Oblodzonych z restą. Ech. Dawno nie miałem takiego "pietra", jak podczas przechodzenia przez ten odcinek. Strasznie ślisko. Czasami wielokrotnie sprawdzałem, czy aby postawienie nogi w tym miejscu jest dobrą decyzją. Ostatecznie udało mi się przejść. Lecz zaraz po przejściu kilku metrów od "przepaści", rozluźniony wyprodukowaną dawką adrenaliny, zahaczyłem o jakiś korzeń lub kamień, znajdujący się pod listowiem, no i prawie upadłem. Prawie, bo udało mi się podeprzeć jedną ręką o pobliskie skały. Ale nie wiele brakowało bym spadł. I był to właściwie jedyny niebezpieczny incydent tej wycieczki. Potem znowu ukazał się szczyt Sokolicy, to ma fotkę.

Wreszcie dotarłem do miejsca, gdzie poprzednim razem robiłem fotki różnym "fruwającym zwierzom". Jakże zastany widok jest zgoła odmienny, od tego letniego widoku. Zaraz! No co jest? Przecież to zima! Oj chłopie. Co ty wygadujesz. Miejsce to nazywa się Polana Ligarki.

Wreszcie pozbierałem siły i poszedłem dalej, przez mocno oblodzone drzewa. Tu muszę o czymś wspomnieć. Otóż na poziomie Sromowców, a więc miejsca skąd wyruszyłem, praktycznie nie było wiatru. Cisza niemal kompletna. Jednak z każdym metrem zdobytych wysokości, wiatr stawał się coraz to bardziej silniejszy. Tu na tej polance, w porywach potrafił zachwiać człowiekiem. Nawiasem mówiąc, pięknie wyglądały oblodzone drzewa. Ale co tam wiatr. Trzeba dążyć do celu. Wreszcie zobaczyłem pierwsze znaki, że docieram do polany Kosarzyska. Z tego miejsca, to już rzut beretem na szczyt. Tja... To się jeszcze okaże.

Tu nieco odsapnąłem. A przynajmniej próbowałem. Jak spoglądałem na tę drogę, to nachodziła mnie chęć zawrócenia. Do tego coraz porywistszy wiatr, nieźle smagał po twarzy. No a ja, prawdziwy "hardcor", żadnych zabezpieczeń na twarz nie wziąłem. No chociażby jakiś szalik. Postałem tylko, zmieniłem baterie w aparacie, bo wyświetlił mi stosowny komunikat i pomaszerowałem pod to wzniesienie.

I właśnie zaledwie zbliżyłem się do tych niby schodów, gdy ku mojemu przerażeniu, praktycznie podejście w tym miejscu, nie nadawało się do użytku. Tuż pod śniegiem, był czysty lód. Trudno było utrzymać równowagę, a cóż dopiero mówić o chodzeniu. To groziło kalectwem. Dlatego przedzierałem się po śniegu, bliżej lasu po lewej. Ostatnie 50 metrów wzniesienia nie sprawiło już takich trudności. Nadmienić tylko należy, że droga, którą normalnie idzie się z polany Kosarzyska, na Trzy Korony w maks 20 minut, zajęła mi ponad 50 minut. Ale za to widoki. Piękne.

Wreszcie doczekałem się. Dotarłem na szczyt. To znaczy, nie do końca. No bo szczyt jest na końcu platformy widokowej. Ale co najważniejsze. Nie ma nikogo! Pustki! Żadnych biletów. Żadnych ludzi. Nareszcie wszystkie widoki dla mnie! Te i inne takie pomysły zaczęły latać mi po głowie. Ale tu to dopiero wiało. Ło matko. Dobrze że pot tuż pod czapką zamarzł, bo inaczej to stracił bym czapkę. Ja już spotkałem się z silnymi wiatrami podczas sztormu i bardzo wysokimi falami. A mówiąc wysokimi, mam na myśli fale ponad 2 m wysokości. Lecz tak zimnego, wręcz lodowatego i porwistego nie pamiętam. Kiedy robiłem ostatnie z poniższych zdjęć, nagle aparat znowu wyświetlił napis "Wymień baterie". Zaraz! Co jest? Wszystkie były naładowane przed wyjazdem. Nic to. Pomyślałem że to może zimno powoduje utratę pojemności. Schowałem je... Nie powiem gdzie, żeby się ogrzały. Wyjąłem kolejny komplet i poszedłem na platformę.

Rozradowany, wręcz w anielskim nastroju popędziłem na szczyt. Nagle patrzę i zimny pot zalał moje czoło... No zimny bo jaki? Przecież wiało! Na platformie były dwie pary i czteroosobowa rodzinka. No masz. Nici ze świetnej zabawy. Trudno wkręciłem się pomiędzy nich i wpadłem w szał fotograficzny. Musiałem się spieszyć. Nos z zimna chciał mi odpaść. Ledwie aparat trzymałem w rękach. A jak sobie próbowałem zrobić fotkę, to już nie szło go utrzymać. A zdjęcia nie pokażę, bo wyglądam jakbym pił od tygodnia. Długo zresztą tam nie byłem. Może jakieś 5 minut. Nie było szansy na długie przebywanie. Co zaś zarejestrowałem, pokazuję teraz.

Po skończeniu całej tej zabawy, poszedłem niebieskim szlakiem w kierunku przełęczy Szopka, by tam znowu zmienić szlak na żółty i powrócić do Sromowców. No i tak idę focę. A naprawdę było warto. Te drzewa były pięknie oblodzone. A niech to. Mógłbym tak patrzeć i patrzeć.

Akurat w miejscu w którym stałem, przepiękna biel śniegu, błyski światła w lodzie od promieni słońca, wiatr, powodowała że nie można było się ruszyć z miejsca. W ogóle pięknie tam było. Zrobiłem kolejne zdjęcie, gdy...

Aparat zapiskał zamknął obiektyw i wyświetlił znany już nam napis "Wymień baterie". Co jest? Miałem w plecaku jeszcze dwa komplety, więc szybko wymieniam, a ta cholera, dalej ten sam komunikat. Zakładam następny komplet, to samo. "Podgrzewane" przeze mnie. Też ten sam efekt. Kur(piiii...) m...(piiiii...) je...(piiiiiii....) ...(piiiiii...) Tylko spokojnie. Nie miał się kiedy zepsuć? Teraz kiedy najciekawsze jest jeszcze do pokazania. W szale próbowałem robić zdjęcia telefonem. Ale jakość ich, jest nie do zaakceptowania. Przynajmniej spróbuje pokazać to co mnie szczególnie urzekło. Pomijając fakt że ten aparat robi jakieś fioletowe zdjęcia, to naprawdę marność to nad marnościami. Może opowiem. Na pierwszym widać Tatry. Nie było by to może aż takie ważne, lecz za sprawą chmur, oświetlenia i zapewne tego ze nasze oczy są niedoskonałe. Wydawało się że są one tuż tuż. Nie dalej jak kilometr. Bardzo dziwne wrażenie. A pamiętam, że w lecie nic takiego nie miało miejsca. Drugie, to zamarznięty mini wodospad. Jeśli można to tak nazwać. Wyglądał jakby to była mgła. Podejrzewam, że to za sprawą wody, w której podczas zamarzania wytrąciły się rozpuszczone w niej, cząsteczki mineralne. To było fantastyczne. Pomijam inne kapitalne zjawiska. Jak, chodzenie po prawie zamarzniętym strumieniu, gdzie pod lodem płynęła woda. Czy też lodowe "pióropusze" jak gdyby wydobywające się ze skał gdzie popadnie. Ech. Jak ja tego nie mogę przeżałować. Przecież mogłem zabrać ze sobą starego pstrykacza. Jemu to "wsio rawno", przy jakich temperaturach robi zdjęcia. Udowodnione w sposób namacalny. No dobra. Nie powinienem tego pokazywać... No muszę!

To już teraz wiecie, dlaczego jestem zły jak nie powiem co. Akurat najciekawsze przepadło. Normalnie nie mogę tego zdzierżyć. Pewnie za niedługo mi przejdzie. Aparat wyślę do naprawy. i ciekawe co tym razem powiedzą. To już drugi idzie na tę samą usterkę. Im nowsza zabawka, tym gorsza jakość. Nie no, nie mogę. Podsumowując w kilku zdaniach. Fajnie było do momentu awarii "sprzętu" foto. Nieco nieodpowiednio się ubrałem. Buty kupione w zeszłym roku spełniły swoje zadanie w 100%. Inne części garderoby nie nadawały się na takie wędrówki. Na dole pociłem się. A na górze marzłem, bo nie przepuszczały powietrza. Co nie znaczy, że przy najbliższej okazji nie ponowię tej wycieczki. Najwyżej jej nie opiszę, lub będzie kolejna relacja z wycieczki w Pieniny. No i jeszcze trzeba by pokazać jesień w górach. Puki co idę się leczyć z nerwów. Myślę że odpowiednia dawka leku 40Vol. powinna pomóc w sposób natychmiastowy.

Ps. Zapomniałem napisać, że niepotrzebnie się bałem. Auto odpaliło za pierwszym razem i nie wykazuje dalszych objawów opisanych na początku. Nie zmienia to jednak faktu, że dzisiaj, kiedy piszę ten tekst, (19.01.2010), wsadziłem nowy akumulator. Pali teraz jak szalony. I niech tak zostanie na zawsze.



Pozdrawiam bardzo gorąco w te zimne zimowe wieczory.
Wasz SSP



.